Archive for Listopad, 2009

KATharsis. Reminiscencja

lis
17

Ponoć pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze, a jako że tańczyć nie umiem, to chociaż spróbuję wygenerować tekścik o ostatniej duchowej sjeście, jakiej dane mi było zaznać w pewien listopadowy wieczór (i nie mam tutaj na myśli żadnych wydarzeń związanych z celebracją święta świętych;). Byłam bowiem (tydzień temu… z okładem) uczestniczką wydarzenia zwyczajowo zwanego koncertem, ale dla mnie każdy koncert tej grupy to prawdziwa uczta zmysłowa, swoiste święto „dźwiękczynienia”.

A wszystko zaczęło się od zdigitalizowanej wersji „Płaszcza skrytobójcy”. Pierwsze gitarowo-perkusyjne frazy i byłam wniebowzięta (a raczej, w tych okolicznościach muzycznych, wpiekłowzięta). I dalej, z każdym dźwiękiem było coraz ciekawiej, mrocznej, magicznej. Niesamowita energia bijąca ze sceny, niepowtarzalny klimat tańca „zataraceńców”. I przy całym tym ciężarze gatunkowym (wszak thrash to był w całej swej okrasie) taka radość istnienia i sa­mospełniania się w chwili nabrzmiałej (a może raczej brzmiącej, i to jak!) nieziemską materią muzyki! I tylko jedna myśl: „Chwilo, trwaj!” odganiająca pozostałe. A w chwilach oprzytomnienia radość z tekstów (tym razem:). Bo teksty, zaiste, bawią mnie nieziemsko (w każdym razie niektóre), ale czemu miałyby nie bawić? Akcent ludyczny jako część integralna tego swoistego „święta kozła”, czemu nie?

W twórczości Kata, bo o nim cały czas mowa, teksty bardzo dobre przeplatają się jakby z „pre-tekstami” do tekstów, ale nawet te nie najwyższych lotów brzmią cudownie i nie wyobrażam sobie utworu „w pełni” bez charakterystycznego zaśpiewu Romana K. Nie sądzę też, żeby o śmiertelną powagę tu chodziło, zwłaszcza że charyzmatyczny wokalista niemal każdy kawałek przeplatał żartem (w jednym z utworów słyszymy rozbrajające: „Jestem śmieszny czart, więc śmieję się”).

Kiedyś zapewne nieco odmienna atmosfera towarzyszyła koncertom tej prawdziwej legendy (wyśnionej) polskiego thrash metalu (wczesne lata 80., na które przypadają początki działalności Kata, powołanego do życia przez gitarzystę Piotra Luczyka i perkusistę Ireneusza Lotha, miały swój specyficzny niepowtarzalny klimat, czego niestety nie mogłam wówczas zaznać i docenić, będąc bytem (?) wirtualnym, a następnie raczkującym w rytm zupełnie innych, kołysankowych klimatów;))). Szkoda tylko, że Kat nam się podzielił. Luczyk swoje (patrz nowy album „Mind Cannibals”, sygnowany nazwą Kat), a Kostrzewski swoje (patrz koncerty, pod szyldem Kat & Roman Kostrzewski, takie jak właśnie opisywany, z całą gamą dobrze wszystkim fanom znanych i uko­chanych kawałków, jednakże nihil novi po rozłamie). Można tylko żywić nadzieję (albo karmić się wspomnieniami…) na pojawienie się nowych płyt obu Katów (i jak tu nie popaść w schi­zofrenię?!;)

A tymczasem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pisać o muzyce… w każdym razie łatwo nie jest, bo wszystko, co zostanie powiedziane lub napisane z perspektywy czasu nijak się ma do emocji towarzyszących, a raczej prze-ży-wa-nych w trakcie trwania „misterium dźwięków”. I tak oto, nosząc się z owym tekstem od tygodnia, w końcu go popełniam, choć daleki on jest od tego, co tak naprawdę można by przekazać czystą emocją. Trzeba po prostu tę muzykę naprawdę „czuć” i kochać „sercem popękanym”, by zrozumieć…;)

Zdjęcie: www.lastfm.pl

Czytaj, proszę bardzo!

lis
4

www.wab.com.pl

www.wab.com.pl

Obok wielu publikacji, jakie codziennie ukazują się na rynku księgarskim, pojawiają się czasami książki, do których naprawdę warto zajrzeć. A Czytelnikom szczególnie lubiącym zaglądać w ludzkie dusze pod postacią (auto)biografii polecam Proszę bardzo autorstwa Andy Rottenbrg. Jest to wielowątkowa autobiografia, której autorka próbuje stworzyć drzewo genealogiczne swego rodu. Książka dedykowana jest wszystkim nieobecnym, to swego rodzaju hołd złożony przodkom (i nie tylko), których – ze względu na pochodzenie – los niejednokrotnie doświadczał w sposób okrutny.

Podczas lektury towarzyszymy autorce w licznych podróżach, których celem jest „dotarcie do korzeni”. Ale peregrynacje te (związane również z prowadzeniem bardzo intensywnego życia zawodowego) były swoistą ucieczką od rzeczywistości, w której trudno było szukać ukojenia. Wieloletnie zmagania z nałogiem syna Mateusza i jego więziennymi epizodami, a wcześniej samotne wychowywanie dziecka bez żadnego wsparcia ze strony męża Wu, którego również toczył robak nałogu (o tej personie otrzymujemy szczątkowe informacje, z jakich wyłania się obraz człowieka nieodpowiedzialnego i – mówiąc trywialnie – „nieżyciowego”, zepsutego poniekąd przez arystokratyczną manierę antenatów) – to wszystko trudno unieść na wątłych kobiecych barkach, ale przykład autorki pokazuje, że jednak można, niestety nie bez uszczerbku na zdrowiu.

Proza ta jest również próbą wyjścia z depresji, sui generis autoterapią, rozliczeniem się z przeszłością i samą sobą, podsumowaniem siebie jako – przede wszystkim – matki, która nie była w stanie zawrócić własnego syna ze źle obranej drogi, prowadzącej niechybnie ku autodestrukcji. Informacja o śmierci bliskiej osoby, dziecka (!), zawsze jest wstrząsająca, ale jakże trudne musiało być oczekiwanie na jakąkolwiek informację o losie syna przez dziesięć lat! Autorka opisuje te wszystkie lata psychicznej udręki, wizyty w kostnicach, by identyfikować zwłoki, które ciągle okazywały się „ciałami obcymi”. Mamy tu obraz przerażającej wręcz niefrasobliwości funkcjonariuszy policji, którzy dokonali wielu zaniechań podczas śledztwa w sprawie zniknięcia Mateusza. I z takim bagażem doświadczeń autorka potrafiła prowadzić czynne życie zawodowe (pełniła przecież funkcję dyrektora warszawskiej „Zachęty”)! Anda Rottenberg przyznaje jednak, że bez skrupulatnie dobranych medykamentów i regularnych wizyt u psychologa (m.in. u swej przyjaciółki Ewy Woydyłło) nie dałaby sobie z tym wszystkim rady.

Oprócz tragicznego wątku związanego z synem autorki, mamy w tej prozie świetnie nakreśloną historię rodu, znakomicie opisane sylwetki rodziców i perypetie małej dziewczynki, a później dorastającej Andy i całkiem już dojrzałej kobiety. Książka jest bogato ilustrowana zdjęciami bliższych i dalekich krewnych autorki, co również ocala ich od zapomnienia, a taki był – zdaje się – główny zamysł autorki. Biografiofilom i wszystkim miłośnikom dobrej prozy – polecam!