Ponoć pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze, a jako że tańczyć nie umiem, to chociaż spróbuję wygenerować tekścik o ostatniej duchowej sjeście, jakiej dane mi było zaznać w pewien listopadowy wieczór (i nie mam tutaj na myśli żadnych wydarzeń związanych z celebracją święta świętych;). Byłam bowiem (tydzień temu… z okładem) uczestniczką wydarzenia zwyczajowo zwanego koncertem, ale dla mnie każdy koncert tej grupy to prawdziwa uczta zmysłowa, swoiste święto „dźwiękczynienia”.
A wszystko zaczęło się od zdigitalizowanej wersji „Płaszcza skrytobójcy”. Pierwsze gitarowo-perkusyjne frazy i byłam wniebowzięta (a raczej, w tych okolicznościach muzycznych, wpiekłowzięta). I dalej, z każdym dźwiękiem było coraz ciekawiej, mrocznej, magicznej. Niesamowita energia bijąca ze sceny, niepowtarzalny klimat tańca „zataraceńców”. I przy całym tym ciężarze gatunkowym (wszak thrash to był w całej swej okrasie) taka radość istnienia i samospełniania się w chwili nabrzmiałej (a może raczej brzmiącej, i to jak!) nieziemską materią muzyki! I tylko jedna myśl: „Chwilo, trwaj!” odganiająca pozostałe. A w chwilach oprzytomnienia radość z tekstów (tym razem:). Bo teksty, zaiste, bawią mnie nieziemsko (w każdym razie niektóre), ale czemu miałyby nie bawić? Akcent ludyczny jako część integralna tego swoistego „święta kozła”, czemu nie?
W twórczości Kata, bo o nim cały czas mowa, teksty bardzo dobre przeplatają się jakby z „pre-tekstami” do tekstów, ale nawet te nie najwyższych lotów brzmią cudownie i nie wyobrażam sobie utworu „w pełni” bez charakterystycznego zaśpiewu Romana K. Nie sądzę też, żeby o śmiertelną powagę tu chodziło, zwłaszcza że charyzmatyczny wokalista niemal każdy kawałek przeplatał żartem (w jednym z utworów słyszymy rozbrajające: „Jestem śmieszny czart, więc śmieję się”).
Kiedyś zapewne nieco odmienna atmosfera towarzyszyła koncertom tej prawdziwej legendy (wyśnionej) polskiego thrash metalu (wczesne lata 80., na które przypadają początki działalności Kata, powołanego do życia przez gitarzystę Piotra Luczyka i perkusistę Ireneusza Lotha, miały swój specyficzny niepowtarzalny klimat, czego niestety nie mogłam wówczas zaznać i docenić, będąc bytem (?) wirtualnym, a następnie raczkującym w rytm zupełnie innych, kołysankowych klimatów;))). Szkoda tylko, że Kat nam się podzielił. Luczyk swoje (patrz nowy album „Mind Cannibals”, sygnowany nazwą Kat), a Kostrzewski swoje (patrz koncerty, pod szyldem Kat & Roman Kostrzewski, takie jak właśnie opisywany, z całą gamą dobrze wszystkim fanom znanych i ukochanych kawałków, jednakże nihil novi po rozłamie). Można tylko żywić nadzieję (albo karmić się wspomnieniami…) na pojawienie się nowych płyt obu Katów (i jak tu nie popaść w schizofrenię?!;)
A tymczasem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pisać o muzyce… w każdym razie łatwo nie jest, bo wszystko, co zostanie powiedziane lub napisane z perspektywy czasu nijak się ma do emocji towarzyszących, a raczej prze-ży-wa-nych w trakcie trwania „misterium dźwięków”. I tak oto, nosząc się z owym tekstem od tygodnia, w końcu go popełniam, choć daleki on jest od tego, co tak naprawdę można by przekazać czystą emocją. Trzeba po prostu tę muzykę naprawdę „czuć” i kochać „sercem popękanym”, by zrozumieć…;)
Zdjęcie: www.lastfm.pl