
www.nowyhoryzont.com.pl
Każdy z nas ma jakiegoś sąsiada, ale z Sąsiadami Adriana Markowskiego nie każdy miał okazję się zapoznać. A jeśli nie, czym prędzej powinien nadrobić zaległości (wszak książka nowością już nie jest, została wydana w 2007 roku nakładem wydawnictwa Nowy Horyzont), zwłaszcza jeśli lubi „odrobinę” absurdalnego poczucia humoru i „toporne” klimaty (rodem z dzieł Rolanda Topora). W książce tej, podobnie jak w filmach Barei, absurd goni absurd, a każde opowiadanie (jest ich w sumie 29) to „mały krok w zagmatwanej przestrzeni kamienic” (tak brzmi jeden z tytułów opowiadań). Tutaj wszystko jest możliwe, niespodziewana zmiana tożsamości i „śmierć w starych dekoracjach”… Nie dziwi widok sąsiada, który ni stąd ni zowąd zaczyna miauczeć pod oknem, nie zaskakuje skaczący niczym królik inny sąsiad… Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć opowiadanie Przemiany:
Jak się tylko do kamienicy naszej wprowadził, królik, królik, królik, od razu dzieciaki wszystkie na podwórku za nim wołały.
Nie wiadomo dlaczego. Z królika jakoś nic akurat nie miał. Nawet zębów wystających. W ogóle taki jakiś był, że trudno powiedzieć.
Sąsiadom od początku nie bardzo się spodobał.
Rano do pracy, wieczorem z pracy.
W bramie nigdy z innymi nie postoi, na podwórko krzesła sobie nie wyniesie, z innymi nie posiedzi. Do ubikacji raz na jakiś czas wyjdzie i zaraz w mieszkaniu się z powrotem zamyka i światło do późna pali. Pożytek z niego żaden. Inteligent.
W kamienicy całej, na drzwiach każdych numer jest i tyle. A on, jak tylko się wprowadził, zaraz tabliczkę sobie mosiężną z napisem jakimś powiesił.
Jednym słowem, podpadł.
Z sąsiadem któregoś wieczora w bramie stoję. Patrzę. Idzie.
Jak gdyby nigdy nic obok nas przechodzi, uśmiecha się, dobry wieczór, dobry wieczór, mówi, a potem zaraz na schody i już go nie ma.
Stoimy. Na sąsiada się patrzę, sąsiad na mnie.
Inteligent, sąsiad w końcu się do mnie odzywa. Od razu widać, że inteligent.
Inteligent, odpowiadam. Dla mnie inteligent.
To mówię, sąsiad po czasie jakimś przytakuje. Dla mnie od razu widać, że inteligent.
Następnego dnia znowu wieczorem w bramie stoimy. Idzie.
Obok nas przechodzi, dobry wieczór pewnie chciał powiedzieć. Już jak długi leży!
Nogę mu sąsiad podstawił.
Poleżał chwilę, wstaje, dookoła się rozgląda. Przeprasza, bardzo przepraszam mówi. A potem na schody i już go nie ma.
Nawet z sąsiadem nie popatrzyliśmy na siebie. Inteligent, nie ma dwóch zdań. A jak już byliśmy pewni, że inteligent, to za każdym razem, jak tylko przez bramę przechodził, któryś z nas nogę mu podstawiał.
Przez parę tygodni co najmniej tak nie było, żeby przez bramę przeszedł i zaraz jak długi nie leżał. Któregoś dnia, w bramie jak zawsze stoimy, inteligent idzie.
Ale nie tak, jak przedtem chodził, idzie, tylko podskakuje, jakby się bał, że ktoś mu zaraz nogę podstawi. Patrzymy na siebie z sąsiadem. Jeszcze bardziej nam podpadł.
Obok nas przeskakuje, dobry wieczór mówi. Na schodach już prawie był, a tu sąsiad za ucho go łapie i do góry ciągnie.
Potrzymał go tak trochę, puścił.
Już inteligenta nie ma. Słychać tylko jak drzwi dopada i zamyka się na wszystkie zasuwki w mieszkaniu. Widziałeś, jaki inteligent, sąsiad pyta.
W ucho go nawet szkoda porządnie trzepnąć, odpowiadam.
To mówię, sąsiad po jakimś czasie przytakuje. Szkoda, że go jeszcze w drugie ucho porządnie nie trzepnąłem.
Następnego dnia skacze inteligent przez bramę, za ucho się trzyma. To ja go za drugie.
To w końcu, jak przez bramę przechodził, skakał tylko i dwoma rękami za uszy się trzymał.
Ale sąsiad też olej w głowie ma. Co inteligent przez bramę, sąsiad zaraz plecy mu tak przetrzepie, że się tamten o połowę niższy robi. W kolanach się zgina, a łokciami do ziemi sięga, bo uszu przecież puścić nie może.
I tak znowu przez parę tygodni.
Któregoś dnia wieczorem na inteligenta w bramie, jak zawsze, czekamy. Nie idzie. Następnego dnia też nie.
Tydzień zdaje się minął, w bramie wieczorem stoimy, późno się robi, sąsiad na mnie patrzy, ja na sąsiada. Ale nic, dalej czekamy. Postaliśmy tak czas jakiś, ciemno się już całkiem zrobiło, do domu iść trzeba, patrzymy. Jest! Do ubikacji wyszedł.
Bliżej trochę niego podchodzimy.
Królik.
Królik na kolanach i łokciach przez podwórko skacze. Rękami uszy wielkie trzyma. I nie do ubikacji wcale skacze, tylko pod mur w rogu podwórka. Jeszcze podchodzimy bliżej.
Głowę trochę podniósł, patrzy. Dobry wieczór, dobry wieczór, nam mówi. I zieleninę jakąś spod muru podjada.
Patrzy sąsiad na mnie. Ja na sąsiada.
Królik, sąsiad się wreszcie do mnie odzywa. Od razu widać, że królik.
Pożyteczny przynajmniej, odpowiadam. Nie to, co inteligent.
To mówię, sąsiad po czasie jakimś przytakuje. Od razu było widać, że będzie z niego pożytek.
Od razu było widać… Miałam posłużyć się jedynie fragmentem (dla zilustrowania absurdu emanującego z tej prozy i oddania specyfiki warstwy językowej), ale jak tu zrezygnować z części tekstu (i z której?!), żeby nie popsuć „efektu komiczności”? Postanowiłam zatem uraczyć Czytelnika kompletnym opowiadaniem. Sąsiady czyta się bowiem jednym haustem, nie można się oderwać od lektury, a wszystkie opowiadania stanowią znakomitą całość i pyszną porcję świeżego humoru. Bohaterowie jednego opowiadania pojawiają się niespodziewanie w innym i wnoszą doń nową dawkę zabawnego pogmatwania. Trywialne powiedzonko „strzelić karpia” nabiera tutaj zupełnie innego znaczenia. Przeczytajcie, a przekonacie się sami.