… i było sobie Rebellion Tour… Do klubu Madness przybyłam we wtorkowy wieczór (23 lutego 2010) z delikatnym opóźnieniem, bo około godziny 19 (koncert „ruszył” o 18.30), ale na szczęście zdążyłam jeszcze zobaczyć i usłyszeć warszawiaków z Unquadium, którzy zagrali jako pierwsi. Muzyka, jaką tworzy wspomniany zespół, to – powiedzmy ogólnie – melodyjny death metal (chociaż wpływ innych gatunków również jest słyszalny), ale jako że sama szufladkowania nie lubię, może nie będę drążyć tematu gatunku. Dobra muzyka ma przede wszystkim spełniać funkcję movere, czyli ma poruszać (w każdym razie ja odbieram muzykę w takich kategoriach), nic tak bowiem nie wpływa bezpośrednio na emocje, jak właśnie szereg dźwięków stanowiących utwór muzyczny. I muzykom z Unquadium to movere właśnie się udaje. Znakomity warsztat w połączeniu z ciekawymi aranżacjami muzycznymi i prawdziwą pasją ludzi tę muzykę tworzących daje piorunujący efekt. Wprawdzie nie był on widoczny pod sceną, w postaci szalejących tłumów, taki już zazwyczaj los kapel, które otwierają koncert.
(Mała dygresja: byłam kiedyś na koncercie Lao Che /o którym również napiszę w swoim czasie/, zanim jeszcze zespół stał się bardzo popularny, i pod sceną również nie bardzo się „kotłowało” , a popatrzmy, co się dzisiaj dzieje na ich koncertach;)
Unqadium ma zapewne ogromny potencjał i mam nadzieję, że go wykorzystają. Dla mnie był to jeden z najlepszych występów tego wieczoru, żałuję zatem, że nie widziałam go od samego początku, ale – jak mówią wielcy tego świata – lepszy rydz niż nic.
Kolejną kapelą, jaka objawiła się na scenie, była Mala Herba. Muzycy zdecydowanie zadbali o to, by publika się nie nudziła. Szkoda tylko, że klawisze były mało słyszalne (chyba że już dopadła mnie starcza demencja, utrudniająca odróżnianie instrumentów i dźwięków… hmmm…). Zwieńczeniem występu był cover Samaela, który rozruszał skorodowane kości metalowców. Koncert był niezły (chociaż to Złe Ziele grało), ale gdybym miała wysupłać jakieś szczegóły, trochę by to potrwało, więc może lepiej będzie przejść do następnego zespołu;)
A był nim Dragon’s Eye. To był jeden z zabawniejszych koncertów, jakie przeżyłam. Było po prostu bardzo sympatycznie, a mistrzem przyjaznego klimatu okazał się „wypożyczony” na tęże imprezę wokalista Crylord – Piotr „Ziku” Zaleski, który po prostu porwał tłumy. Jak dla mnie, trochę za dużo tu było „mikrofonowej gimnastyki”, ale ogólnie muzyka była niezwykle pozytywna (połączenie trash’u z heavy metalem, w którego wyraźną stronę kierował się pełen charyzmy wokalista, okazało się całkiem trafione). Potwierdziło się w tym wypadku stare porzekadło metalowców, że dobry heavy metal nie jest zły (i żaden w tym przytyk do Mala Herba!;).
Po dragonach nastąpiła „mała” przerwa, budująca napięcie przed występem Vedonist. Dla mnie ciężar gatunkowy wspomnianej kapeli okazał się zbyt wielki, ale Ci, którzy przybyli do wrocławskiego klubu, żeby zaznać prawdziwego trash/death metalu z pewnością byli usatysfakcjonowani.
Osobiście preferuję nieco melodyjniejsze oblicze metalu (czasem nawet w symfonicznej odsłonie), dlatego bardzo ucieszył mnie koncert Darzamat. To był drugi występ zespołu, jaki miałam okazję podziwiać „na żywo”. I nie zawiodłam się! Moim zdaniem był to come back w świetnym stylu, po trzech latach niekoncertowania na naszym polskim padole. Wykonawcy zaprezentowali materiał przede wszystkim z najnowszych płyt (w tym z ostatniej Solfernus’ Path), ale nie zabrakło również nawiązania do starszych dokonań. Występ zwieńczył bowiem dobrze znany wszystkim fanom utwór Storm, pochodzący z albumu In the Flames of Black Art. To się dopiero nazywa granie na sentymentach!;)
Na kolejny występ kazano nam długo czekać, ze względu na problemy techniczne, dlatego też koncert Hate był w efekcie skrócony. Nie jestem wielką znawczynią twórczości Hate, ale chętnie wysłuchałam tego, co mieli do zaprezentowania, chociaż zmęczenie już mocno dawało mi się we znaki. Nie opiszę zatem wrażeń z ostatniego występu, ale chętnie poczytam relacje innych, bardziej wtajemniczonych w arkana Hate
Podsumowując, Rebellion Tour 2010 we Wrocławiu wypadł dość dobrze (pomijając nużące przerwy w „dostawie” ożywczych porcji muzyki), mile zaskoczyła mnie również liczba uczestników tego wydarzenia (oj, było nas „mnoho”, jak na imprezę w środku tygodnia). Zdjęć z imprezy nie załączam (postanowiłam nie uwieczniać chwili za pomocą telefonu, bo efekt zazwyczaj jest – mówiąc eufemistycznie – dość skromny), ale gdyby ktoś dysponował takowymi, nie będę protestować, jeśli zechce się nimi podzielić;) Wrażeniami takoż:)
dziękuję za relację – zachęciła mnie do koncertowych rebelii
Hmm…aż żałuję,że nie mogłem na tym być.Było więcej wiary ze „skorodowanymi kośćmi” niż na Virgin Snatch ? Niestety klimat gotówkowy w tym miesiącu raczej nie sprzyja i trzeba sobie parę takich koncertów odpuścić niestety. Tak przy okazji,świetny tekst i oby jak najwięcej…
Żałuj, żałuj;))) Wiary (tudzież niewiary) było zdecydowanie więcej niż na Virgin Snatche, co również mnie trochę zdziwiło;)
Oby jak najwięcej dobrych koncertów (gotówki takoż;)!