Czasami cierpliwość popłaca… Tak było również w przypadku ostatnich dokonań Lao Che pod szyldem Prąd stały/Prąd zmienny. Początkowo chciałam najnowszą płytę zrecenzować, ale po pierwszym przesłuchaniu nowego albumu długo targały mną sprzeczne uczucia, postanowiłam więc przeczekać… (uczynili to za mnie inni lepsi;) np. tutaj) Czekałam więc… dni siedem, a ósmy okazał się wieczny!
Muszę przyznać, że do najnowszego krążka podeszłam bardzo sceptycznie, może po prostu wystraszyłam się tej całej elektroniki, której obecność zwiastował już przecież sam tytuł Prąd stały… Ale – jak już nadmieniłam na początku – niektóre sprawy wymagają cierpliwości, a płyty – kilkakrotnego przesłuchania. I jeśli po tych wszystkich przesłuchaniach nie wydobędziemy z albumu tego „czegoś”, to już więcej po niego nie sięgniemy. A tymczasem… słucham sobie właśnie po raz wtóry Prądu… i nie ma spięcia!
A kilka dni temu, dokładnie we środę 10 marca, pomknęłam sobie na koncert Lao Che, by przekonać się, jak też nowy materiał muzyczny objawi się na scenie. Przed zakupem biletu na ów koncert zastanawiałam się, czy aby na pewno chcę się znaleźć na TYM koncercie, ale jako że jest to dla mnie niezwykle ważna kapela, którą bardzo cenię od początku jej działalności (czyli od Guseł), nie mogłam sobie tak zwyczajnie „odpuścić”. Zawiodła mnie do wrocławskiego klubu również zwykła ciekawość, każdy bowiem koncert Lao Che to szansa na usłyszenie utworów w zupełnie nowych aranżacjach, czego nie doświadczymy wałkując w kółko krążek z nagraniami. Wiadomo, że co studyjne – perfekcyjne, ale koncertowe jest z pewnością niepowtarzalne. I cóż… nie zawiodłam się i tym razem.
Koncert zaczął się Historią stworzenia, czyli utworem rozpoczynającym album „z prądem”. Nie ukrywam, że jest to jeden z moich ulubionych kawałków z najnowszej płyty. Podoba mi się zwłaszcza ten jazzujący klimat, który „na żywo” zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie. Później popłynęły dźwięki z Powstania Warszawskiego, które chyba ruszają każdego (rym przypadkowy), tłumy przybyłe na ten koncert również zostały poruszone, zakotłowało pod sceną, zawrzało od emocji.. Reakcje na utwory ze wspomnianego albumu zawsze są bardzo ekspresywne i emocjonalne (i nie ma się czemu dziwić). Było również nieco „gospelowo” i dobrze, bo utwory z poprzedniej płyty stworzone są do koncertowania. Na zakończenie uraczono nas również Astrologiem w zupełnie nowej krasie (osobiście wolę tradycyjne wykonanie).
Na wszystkie utwory z najnowszego krążka nie starczyło czasu (a może ochoty), ale może to i dobrze – było przynajmniej różnorodnie, nie było zwarcia i nie zaczęło błyskać;) Zostaliśmy zatem potraktowani prądem zupełnie umiarkowanie, ale miarkuję, że zabieg ów był celowy. Samego koncertu natomiast umiarkowanym nazwać nie można – było bardzo energetyzująco, ciekawie, znalazło się nawet miejsce na tzw. cover, jakim był kawałek Homo Twist Populares… (czyżby jakaś sugestia w stronę basisty z nieodłącznym atrybutem w postaci dymiącej „lulki”?;) Reasumując (cóż za wyszukane słowo), warto się było wybrać na ten koncert i zaprawdę powiadam Wam, nie bójcie się prądu!
świetna relacja
aż żałuję, że mnie nie było ….
i potwierdzam, dźwięki z powstania ruszają każdego;)
przynajmniej z moich znajomych:))