Archive for the ‘muzyka’ Category

Maj dla dźwiękożerców

maj
10

Kwiecień nie był zdecydowanie „moim” miesiącem, jeżeli chodzi o koncerty i insze imprezy kulturalne. Rzecz jasna, dużo się działo tu i ówdzie, wszystkie imprezy odbyły się jednak bez mojego udziału. Ale obiecuję prawdziwą poprawę, już niebawem;) Aktualny miesiąc będzie bowiem obfitował w koncerty, a jakże! W wielu miastach, zwłaszcza „akademickich” ruszają bowiem juwenalia (gdzieniegdzie zwane bachanaliami tudzież innymi „aliami”), a te – jak wiadomo – bez koncertów ani rusz.

Seria takich koncertów odbyła się na przykład w miniony weekend (7–8 maja) we Wrocławiu. Zagrał tradycyjnie Kult, było też Pogodno, a miłośnicy starego dobrego rocka (z domieszką innych wpływów muzycznych) mogli posłuchać i zobaczyć Wojciecha Waglewskiego i Voo Voo (niektórzy po raz pierwszy). Pola Marsowe znowu zadrżały pod naporem basu, natomiast sam mars mógł się pojawić jedynie na obliczach mieszkańców okolicznych osiedli, którzy jednak wolą spokojny żywot, bez przytupu. No cóż, muszą pogodzić się takowi z faktem, że „młodość musi się wyszaleć”.

To dopiero początek majowych imprez, już za kilka dni bowiem przez Pola Marsowe przetoczą się kolejne dźwięki, które wygenerują z siebie kapele, jakich nie trzeba nikomu przedstawiać. W najbliższy czwartek (13 maja) zagrają między innymi takie sławy jak T.Love, Paprika Korps czy Habakuk, a także Hope i Bethel, natomiast dzień później będzie można wziąć udział w prawdziwej folkowej sjeście, na scenie pojawią się bowiem Kapela Ze Wsi Warszawa, Carrantuohill, Rei Ceballo y Calle Sol, Afro Carnaval, Beltaine czy Balkan Sevdah.

Dobrą wiadomością (szczególnie dla biednych studentów;) może być również fakt, że wstęp na wspomniane imprezy jest zupełnie bezpłatny. Niebawem więcej informacji (fotorelacja niewykluczona) o nadmienionych koncertach;)

Po lao się!

mar
15

Czasami cierpliwość popłaca… Tak było również w przypadku ostatnich dokonań Lao Che pod szyldem Prąd stały/Prąd zmienny. Początkowo chciałam najnowszą płytę zrecenzować, ale po pierwszym przesłuchaniu nowego albumu długo targały mną sprzeczne uczucia, postanowiłam więc przeczekać… (uczynili to za mnie inni lepsi;) np. tutaj) Czekałam więc… dni siedem, a ósmy okazał się wieczny! ;) Muszę przyznać, że do najnowszego krążka podeszłam bardzo sceptycznie, może po prostu wystraszyłam się tej całej elektroniki, której obecność zwiastował już przecież sam tytuł Prąd stały… Ale – jak już nadmieniłam na początku – niektóre sprawy wymagają cierpliwości, a płyty – kilkakrotnego przesłuchania. I jeśli po tych wszystkich przesłuchaniach nie wydobędziemy z albumu tego „czegoś”, to już więcej po niego nie sięgniemy. A tymczasem… słucham sobie właśnie po raz wtóry Prądu… i nie ma spięcia! Read more »

Relacja z rebelii

mar
3

… i było sobie Rebellion Tour… Do klubu Madness przybyłam we wtorkowy wieczór (23 lutego 2010) z delikatnym opóźnieniem, bo około godziny 19 (koncert „ruszył” o 18.30), ale na szczęście zdążyłam jeszcze zobaczyć i usłyszeć warszawiaków z Unquadium, którzy zagrali jako pierwsi. Muzyka, jaką tworzy wspomniany zespół, to – powiedzmy ogólnie – melodyjny death metal (chociaż wpływ innych gatunków również jest słyszalny), ale jako że sama szufladkowania nie lubię, może nie będę drążyć tematu gatunku. Dobra muzyka ma przede wszystkim spełniać funkcję movere, czyli ma poruszać (w każdym razie ja odbieram muzykę w takich kategoriach), nic tak bowiem nie wpływa bezpośrednio na emocje, jak właśnie szereg dźwięków stanowiących utwór muzyczny. I muzykom z Unquadium to movere właśnie się udaje. Read more »

Rebellion Tour 2010

lut
19

Jakiś czas temu wspominałam o imprezie pod szyldem Creative Act of Music Tour 2010. Czas zarezerwowany na koncerty z pewnością nie był czasem zmarnowanym, dostałam to, czegom chciała w postaci ożywczej porcji ciężkiej muzy, chociaż nie brakowało też pewnego zawodu, który był ściśle związany z występem Thy Disease – spodziewałam się pewnej maestrii z dodatkiem elektroniki, zdecydowanie zabrakło mi klawiszy, irytował mnie również guru-basista;) Ale poza tym małym zgrzytem ogólnie klub Madness opuściłam usatysfakcjonowana. Dość szczegółową relację z koncertu można sobie przeczytać tutaj.

A tymczasem zbliża się kolejna muzyczna eskapada w krainę nostalgii, mroku i zatracenia w otchłani dźwięków (miejmy nadzieję, że nie ostatnich;), jakie wydadzą z siebie bydgoska (bardzo zła;) Mala Herba, stołeczne Unquaduim i Dragon’s Eye, który udziela się w pewnym sensie również na literackiej niwie (zespół stworzył muzykę do komiksu Piotra Zwierzchowskiego „Świat kropli” wyd. Labirynt Boox), Vedonist, któremu trash/death metal jest chlebem powszednim, nieco łagodniejszy Darzamat z KATowic oraz gwiazda wieczoru – warszawski/e/a;) Hate. Wszystko to za sprawą muzycznego przedsięwzięcia sygnowanego jako Rebellion Tour 2010.

Dla mnie główny powód stawienia się 23.02.2010 we wrocławskim Madnessie to występ Darzamat, z którego twórczością spotkałam się już parę ładnych lat temu (album In the Flames of Black Art z 1997 roku). Dzisiejszy Darzamat odbiega nieco od klimatów z pierwszego albumu (zmiana żeńskiego wokalu zapewne miała w tym swój udział), chociaż to wciąż black metal, czyli jeden z ulubionych gatunków tutaj piszącej (tych gatunków jest jednak sporo;). Chętnie wysłucham również eksperymentów Mala Herba (przekonamy się, czy cito crescit ;) i Unquadium, bo przesłuchany dotychczas materiał wspomnianych kapel zrobił na mnie duże wrażenie. A jak zaprezentują się na scenie – obaczymy już w najbliższy wtorek.

Creative Act

sty
22

Witam ponownie, po dłuższej przerwie. Jako że zimę mamy z prawdziwego zdarzenia, a i mróz siarczysty na zewnątrz, zatem i ja uległam swego rodzaju hibernacji. Wszak skostniałymi od zimna palcami trudno wybija się  rytm słów na klawiaturze;)))  Ale już powoli (powoooli) zaczynam się budzić ze snu zimowego, bo oto na horyzoncie pojawia się coś na rozgrzewkę. To już dzisiaj, już za kilka godzin, we wrocławskim klubie Madness będzie można zupełnie się „odhibernować” za sprawą imprezy pod szyldem Creative Act Of Music Tour 2010.

To przedostatnia szansa, by zobaczyć i usłyszeć  tak zacne kapele (w następującej konfiguracji) jak Virgin Snatche, Thy Disease, Armagedon, Nammoth, czy debiutujący w listopadzie ubiegłego roku płytą Polaris Heart Attack, ponieważ dziesięć z  dwunastu zaplanowanych koncertów już się odbyło.  Będzie death’owo, black’owo, miejscami elektronicznie i klimatycznie;) Nic dodać, nic ująć, po prostu trzeba tam być, a zatem wybywam!

Virgin Snatche

Koncert z form(adren)aliną

gru
1

W minioną sobotę miałam w końcu okazję zobaczyć i usłyszeć (przede wszystkim) zapowiadaną wcześniej wrocławską kapelkę Hetane. A wszystko ro-ze-gra-ło się (i całkiem dobrze zgrało) w klubie „Firlej”, który zazwyczaj organizuje ciekawe imprezy (onegdaj, właśnie w tym miejscu, dane mi było zobaczyć po raz pierwszy Samaela – przeżycie niemal eschatologiczne;))) Zwyczajowo tak już jest na koncertach, że przed występem gwiazdy wieczoru pogrywa gwiazda mniejszego kalibru lub z równie wielkim potencjałem, ale mniej znana. Tak było i tym razem, albowiem przed zasadniczą kapelą na scenie pojawiło się Chico. Chłopcy ze Świętochłowic całkiem nieźle „wymiatają”, chociaż to nie do końca moje klimaty, ale jako że Deftones’ów swego czasu „posłuchiwałam”, a w muzyce Chico nawiązania m.in. do takowych są dosyć wyraźne, to momentami robiło się całkiem klimatycznie i nawet sentymentalnie… (mnie dopadała dzika zaduma, podczas gdy pod sceną panowała radość dookolna). Charyzmy chłopakom z pewnością nie brakuje, o warstwie tekstowej trudno mi się natomiast wypowiadać, ponieważ wcześniej nie było mi dane wnikliwie przesłuchać żadnego z albumów. Ale partie wokalne momentami robiły wrażenie, chociaż ogólnie to nie do końca moja bajka.

Chico ma na swoim kącie epkę z 2008 roku zatytułowaną In Case of Emergence oraz debiutancki album One Big Alternative, który ukazał się trzy lata temu, dokładnie we wrześniu 2006 roku. Dorobek „płytowy” nie jest więc imponujący, ale zespołowi z pewnością nie można zarzucić bierności, ponieważ swoją działalność skupiają głównie wokół poczynań scenicznych, są laureatami wielu festiwali rockowych, jak chociażby poznański Big Star Festival 2004, Rock’N'Roll Music Festival 2005, Rock Bez Igły 2006. Minionego lata zagrali też na Przystanku Woodstock w Kostrzynie u boku takich sław jak Guano Apes czy Caliban. Mają zatem potencjał, co zresztą można odczuć pod sceną, w postaci żywiołowej reakcji publiczności (podczas gdy ja w tej zadumie pogrążona…;)))

Ale wypadałoby wrócić do samego początku imprezy, który był dość nietypowy (chociaż zaskoczeniem być nie mógł, jako jeden z punktów programu;) Swoistą introdukcją do dalszych muzycznych wydarzeń był pokaz mody wrocławskiej manufaktury artystycznej Formalina. Można było podziwiać na modelkach (i modelu) o licach z kamienia kolekcję Sok z Żuka, w której dominowały zielenie i fiolety, różne fałdki i fałdeczki, oryginalne pasiaste spodnie, sweterki, kapturki i mufki… Laik ze mnie, jeżeli chodzi o kwestie mody, więc nie będę w tym miejscu zbyt „krytyczna”. Dopełnieniem pokazu był wprawiający w delikatny trans podkład muzyczny nieznanego mi wykonawcy (moje skojarzenia w każdym razie powędrowały w kierunku twórczości Nicka Cave’a). Jak można wyczytać na oficjalnej stronie internetowej Formaliny, grupa ta powstała jako odpowiedź na zastaną rzeczywistość i jednoczesne przeciwstawienie się wszechobecnej bylejakości i banalności, czego doskonałym odzwierciedleniem był opisany tutaj pokaz. Oczywiście, była to tylko namiastka tego, co manufaktura ma do zaprezentowania i zaoferowania. Zainteresowanych odsyłam tutaj.

Po tej zupełnie dalekiej od chronologii relacji, pora w końcu przystąpić do opisu części zasadniczej sobotniego wieczoru, jakim był występ Hetane. Tym razem członkowie zespołu w porozumieniu ze znaną Grupą 13 zaserwowali nam prawdziwe święto dźwięku i obrazu. Oprócz premierowego pokazu teledysku do utworu Hard, na ekranie z tyłu sceny miała miejsce projekcja twórczości rzeczonej grupy. Efekt był całkiem niezły, obrazy znakomicie komponowały się z generowanymi ze sceny dźwiękami, poczucie „industrialności” było momentami totalne. Pomimo drobnych usterek technicznych, które były przyczyną zmiany planowanej kolejności utworów (w pewnym momencie zawiodła elektronika), co zresztą również miało swój urok, koncert był kolejną wspaniałą ucztą dźwięku, która jednak nie pozwoliła mi się w pełni nasycić. Ale to poczucie niedosytu może być tylko ukłonem w stronę Hetane, ponieważ świadczy tylko o tym, że chciałoby się więcej i więcej, i… jeszcze więcej! Od – jak sama nazwa wskazuje – dość ciężkiego Hard po bardzo klimatyczny, magiczny wręcz Find the lost ghosts, przywodzący na myśl dokonania Dead Can Dance oraz energetyzujący i intrygujący warstwą tekstową Ken-Ke-Lai, który znalazł się na składance Minimax.pl. A w środku różne inne smaczki, jak chociażby utwór z płyty „Gajcy” będącej hołdem złożonym powstańcom ’44 i wiele, wiele innych. Co ja tu więcej pisać będę, posłuchajcie (i zobaczcie) sami:)

Hetane „Hard


KATharsis. Reminiscencja

lis
17

Ponoć pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze, a jako że tańczyć nie umiem, to chociaż spróbuję wygenerować tekścik o ostatniej duchowej sjeście, jakiej dane mi było zaznać w pewien listopadowy wieczór (i nie mam tutaj na myśli żadnych wydarzeń związanych z celebracją święta świętych;). Byłam bowiem (tydzień temu… z okładem) uczestniczką wydarzenia zwyczajowo zwanego koncertem, ale dla mnie każdy koncert tej grupy to prawdziwa uczta zmysłowa, swoiste święto „dźwiękczynienia”.

A wszystko zaczęło się od zdigitalizowanej wersji „Płaszcza skrytobójcy”. Pierwsze gitarowo-perkusyjne frazy i byłam wniebowzięta (a raczej, w tych okolicznościach muzycznych, wpiekłowzięta). I dalej, z każdym dźwiękiem było coraz ciekawiej, mrocznej, magicznej. Niesamowita energia bijąca ze sceny, niepowtarzalny klimat tańca „zataraceńców”. I przy całym tym ciężarze gatunkowym (wszak thrash to był w całej swej okrasie) taka radość istnienia i sa­mospełniania się w chwili nabrzmiałej (a może raczej brzmiącej, i to jak!) nieziemską materią muzyki! I tylko jedna myśl: „Chwilo, trwaj!” odganiająca pozostałe. A w chwilach oprzytomnienia radość z tekstów (tym razem:). Bo teksty, zaiste, bawią mnie nieziemsko (w każdym razie niektóre), ale czemu miałyby nie bawić? Akcent ludyczny jako część integralna tego swoistego „święta kozła”, czemu nie?

W twórczości Kata, bo o nim cały czas mowa, teksty bardzo dobre przeplatają się jakby z „pre-tekstami” do tekstów, ale nawet te nie najwyższych lotów brzmią cudownie i nie wyobrażam sobie utworu „w pełni” bez charakterystycznego zaśpiewu Romana K. Nie sądzę też, żeby o śmiertelną powagę tu chodziło, zwłaszcza że charyzmatyczny wokalista niemal każdy kawałek przeplatał żartem (w jednym z utworów słyszymy rozbrajające: „Jestem śmieszny czart, więc śmieję się”).

Kiedyś zapewne nieco odmienna atmosfera towarzyszyła koncertom tej prawdziwej legendy (wyśnionej) polskiego thrash metalu (wczesne lata 80., na które przypadają początki działalności Kata, powołanego do życia przez gitarzystę Piotra Luczyka i perkusistę Ireneusza Lotha, miały swój specyficzny niepowtarzalny klimat, czego niestety nie mogłam wówczas zaznać i docenić, będąc bytem (?) wirtualnym, a następnie raczkującym w rytm zupełnie innych, kołysankowych klimatów;))). Szkoda tylko, że Kat nam się podzielił. Luczyk swoje (patrz nowy album „Mind Cannibals”, sygnowany nazwą Kat), a Kostrzewski swoje (patrz koncerty, pod szyldem Kat & Roman Kostrzewski, takie jak właśnie opisywany, z całą gamą dobrze wszystkim fanom znanych i uko­chanych kawałków, jednakże nihil novi po rozłamie). Można tylko żywić nadzieję (albo karmić się wspomnieniami…) na pojawienie się nowych płyt obu Katów (i jak tu nie popaść w schi­zofrenię?!;)

A tymczasem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pisać o muzyce… w każdym razie łatwo nie jest, bo wszystko, co zostanie powiedziane lub napisane z perspektywy czasu nijak się ma do emocji towarzyszących, a raczej prze-ży-wa-nych w trakcie trwania „misterium dźwięków”. I tak oto, nosząc się z owym tekstem od tygodnia, w końcu go popełniam, choć daleki on jest od tego, co tak naprawdę można by przekazać czystą emocją. Trzeba po prostu tę muzykę naprawdę „czuć” i kochać „sercem popękanym”, by zrozumieć…;)

Zdjęcie: www.lastfm.pl

Miasto, Masa, „Machines”

paź
28

Koneserom dobrych dźwięków polecam album wrocławskiej grupy HETANE o wdzię­cznym tytule „Machines”. Jak   sama nazwa albumu wskazuje, na krążku znajdziemy sporo „mechanicznych” industrialnych i mrocznych trip-hopowych akcentów, ciężkich riffów, klimatów rodem z Nine Inch Niles, Switchblade Symphony, Portishead (w każdym razie ja takowe zbieżności odczuwam słuchem mem absolutnem), dźwięków generowanych przez czterech enigmatycznych muzyków: Radka „Rada” Spaniera – czarującego elektroniką, Łukasza „Jelenia” Pola – pogromcy gitar i wirtuoza cytry, Janusza „Maliny” Malinowskiego – nadającego rytm całej sprawie, Remika „Rema” Karpienki – wiedzącego, jak użyć gitary basowej, by poruszyć czułe „struny” naszej duszy. Spośród gęstwiny soczystych dźwięków wyłania się niski tembr głosu Magdy Oleś, przeszywający do szpiku kości.

Premiera albumu miała wprawdzie miejsce już jakiś czas temu, w któryś z marcowych dni lub wieczorów Roku Pańskiego 2009 (dokładnie 06.03.09), ale ja chętnie powracam do tej mglistej, nostalgiczno-drapieżnej krainy, gdzie wściekłość (i wrzask) – kiedy „nienawidzimy, nienawidzimy się wzajem” (utwór „Nienawidzimy” znalazł się wcześniej na równie godnej uwagi składance „Wyspiański Wyzwala”), przeplata się z delikatnością i pięknem.

Niebawem kolejne ciekawe przedsięwzięcie tej oryginalnej grupy. 28.11.2009 r. będziemy mogli się spotkać się „na żywo” z HETANE w klubie „Firlej”, gdzie oprócz magii dźwięków oczarują nas obrazy (m.in. premiera klipu „Hard”), zapoznamy się również z twórczością Grupy 13 oraz Manufaktury Artystycznej „Formalina”. Mnie tam zapraszać nie trzeba:)))