Posts Tagged ‘muzyka’

Koncert z form(adren)aliną

gru
1

W minioną sobotę miałam w końcu okazję zobaczyć i usłyszeć (przede wszystkim) zapowiadaną wcześniej wrocławską kapelkę Hetane. A wszystko ro-ze-gra-ło się (i całkiem dobrze zgrało) w klubie „Firlej”, który zazwyczaj organizuje ciekawe imprezy (onegdaj, właśnie w tym miejscu, dane mi było zobaczyć po raz pierwszy Samaela – przeżycie niemal eschatologiczne;))) Zwyczajowo tak już jest na koncertach, że przed występem gwiazdy wieczoru pogrywa gwiazda mniejszego kalibru lub z równie wielkim potencjałem, ale mniej znana. Tak było i tym razem, albowiem przed zasadniczą kapelą na scenie pojawiło się Chico. Chłopcy ze Świętochłowic całkiem nieźle „wymiatają”, chociaż to nie do końca moje klimaty, ale jako że Deftones’ów swego czasu „posłuchiwałam”, a w muzyce Chico nawiązania m.in. do takowych są dosyć wyraźne, to momentami robiło się całkiem klimatycznie i nawet sentymentalnie… (mnie dopadała dzika zaduma, podczas gdy pod sceną panowała radość dookolna). Charyzmy chłopakom z pewnością nie brakuje, o warstwie tekstowej trudno mi się natomiast wypowiadać, ponieważ wcześniej nie było mi dane wnikliwie przesłuchać żadnego z albumów. Ale partie wokalne momentami robiły wrażenie, chociaż ogólnie to nie do końca moja bajka.

Chico ma na swoim kącie epkę z 2008 roku zatytułowaną In Case of Emergence oraz debiutancki album One Big Alternative, który ukazał się trzy lata temu, dokładnie we wrześniu 2006 roku. Dorobek „płytowy” nie jest więc imponujący, ale zespołowi z pewnością nie można zarzucić bierności, ponieważ swoją działalność skupiają głównie wokół poczynań scenicznych, są laureatami wielu festiwali rockowych, jak chociażby poznański Big Star Festival 2004, Rock’N'Roll Music Festival 2005, Rock Bez Igły 2006. Minionego lata zagrali też na Przystanku Woodstock w Kostrzynie u boku takich sław jak Guano Apes czy Caliban. Mają zatem potencjał, co zresztą można odczuć pod sceną, w postaci żywiołowej reakcji publiczności (podczas gdy ja w tej zadumie pogrążona…;)))

Ale wypadałoby wrócić do samego początku imprezy, który był dość nietypowy (chociaż zaskoczeniem być nie mógł, jako jeden z punktów programu;) Swoistą introdukcją do dalszych muzycznych wydarzeń był pokaz mody wrocławskiej manufaktury artystycznej Formalina. Można było podziwiać na modelkach (i modelu) o licach z kamienia kolekcję Sok z Żuka, w której dominowały zielenie i fiolety, różne fałdki i fałdeczki, oryginalne pasiaste spodnie, sweterki, kapturki i mufki… Laik ze mnie, jeżeli chodzi o kwestie mody, więc nie będę w tym miejscu zbyt „krytyczna”. Dopełnieniem pokazu był wprawiający w delikatny trans podkład muzyczny nieznanego mi wykonawcy (moje skojarzenia w każdym razie powędrowały w kierunku twórczości Nicka Cave’a). Jak można wyczytać na oficjalnej stronie internetowej Formaliny, grupa ta powstała jako odpowiedź na zastaną rzeczywistość i jednoczesne przeciwstawienie się wszechobecnej bylejakości i banalności, czego doskonałym odzwierciedleniem był opisany tutaj pokaz. Oczywiście, była to tylko namiastka tego, co manufaktura ma do zaprezentowania i zaoferowania. Zainteresowanych odsyłam tutaj.

Po tej zupełnie dalekiej od chronologii relacji, pora w końcu przystąpić do opisu części zasadniczej sobotniego wieczoru, jakim był występ Hetane. Tym razem członkowie zespołu w porozumieniu ze znaną Grupą 13 zaserwowali nam prawdziwe święto dźwięku i obrazu. Oprócz premierowego pokazu teledysku do utworu Hard, na ekranie z tyłu sceny miała miejsce projekcja twórczości rzeczonej grupy. Efekt był całkiem niezły, obrazy znakomicie komponowały się z generowanymi ze sceny dźwiękami, poczucie „industrialności” było momentami totalne. Pomimo drobnych usterek technicznych, które były przyczyną zmiany planowanej kolejności utworów (w pewnym momencie zawiodła elektronika), co zresztą również miało swój urok, koncert był kolejną wspaniałą ucztą dźwięku, która jednak nie pozwoliła mi się w pełni nasycić. Ale to poczucie niedosytu może być tylko ukłonem w stronę Hetane, ponieważ świadczy tylko o tym, że chciałoby się więcej i więcej, i… jeszcze więcej! Od – jak sama nazwa wskazuje – dość ciężkiego Hard po bardzo klimatyczny, magiczny wręcz Find the lost ghosts, przywodzący na myśl dokonania Dead Can Dance oraz energetyzujący i intrygujący warstwą tekstową Ken-Ke-Lai, który znalazł się na składance Minimax.pl. A w środku różne inne smaczki, jak chociażby utwór z płyty „Gajcy” będącej hołdem złożonym powstańcom ’44 i wiele, wiele innych. Co ja tu więcej pisać będę, posłuchajcie (i zobaczcie) sami:)

Hetane „Hard


KATharsis. Reminiscencja

lis
17

Ponoć pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze, a jako że tańczyć nie umiem, to chociaż spróbuję wygenerować tekścik o ostatniej duchowej sjeście, jakiej dane mi było zaznać w pewien listopadowy wieczór (i nie mam tutaj na myśli żadnych wydarzeń związanych z celebracją święta świętych;). Byłam bowiem (tydzień temu… z okładem) uczestniczką wydarzenia zwyczajowo zwanego koncertem, ale dla mnie każdy koncert tej grupy to prawdziwa uczta zmysłowa, swoiste święto „dźwiękczynienia”.

A wszystko zaczęło się od zdigitalizowanej wersji „Płaszcza skrytobójcy”. Pierwsze gitarowo-perkusyjne frazy i byłam wniebowzięta (a raczej, w tych okolicznościach muzycznych, wpiekłowzięta). I dalej, z każdym dźwiękiem było coraz ciekawiej, mrocznej, magicznej. Niesamowita energia bijąca ze sceny, niepowtarzalny klimat tańca „zataraceńców”. I przy całym tym ciężarze gatunkowym (wszak thrash to był w całej swej okrasie) taka radość istnienia i sa­mospełniania się w chwili nabrzmiałej (a może raczej brzmiącej, i to jak!) nieziemską materią muzyki! I tylko jedna myśl: „Chwilo, trwaj!” odganiająca pozostałe. A w chwilach oprzytomnienia radość z tekstów (tym razem:). Bo teksty, zaiste, bawią mnie nieziemsko (w każdym razie niektóre), ale czemu miałyby nie bawić? Akcent ludyczny jako część integralna tego swoistego „święta kozła”, czemu nie?

W twórczości Kata, bo o nim cały czas mowa, teksty bardzo dobre przeplatają się jakby z „pre-tekstami” do tekstów, ale nawet te nie najwyższych lotów brzmią cudownie i nie wyobrażam sobie utworu „w pełni” bez charakterystycznego zaśpiewu Romana K. Nie sądzę też, żeby o śmiertelną powagę tu chodziło, zwłaszcza że charyzmatyczny wokalista niemal każdy kawałek przeplatał żartem (w jednym z utworów słyszymy rozbrajające: „Jestem śmieszny czart, więc śmieję się”).

Kiedyś zapewne nieco odmienna atmosfera towarzyszyła koncertom tej prawdziwej legendy (wyśnionej) polskiego thrash metalu (wczesne lata 80., na które przypadają początki działalności Kata, powołanego do życia przez gitarzystę Piotra Luczyka i perkusistę Ireneusza Lotha, miały swój specyficzny niepowtarzalny klimat, czego niestety nie mogłam wówczas zaznać i docenić, będąc bytem (?) wirtualnym, a następnie raczkującym w rytm zupełnie innych, kołysankowych klimatów;))). Szkoda tylko, że Kat nam się podzielił. Luczyk swoje (patrz nowy album „Mind Cannibals”, sygnowany nazwą Kat), a Kostrzewski swoje (patrz koncerty, pod szyldem Kat & Roman Kostrzewski, takie jak właśnie opisywany, z całą gamą dobrze wszystkim fanom znanych i uko­chanych kawałków, jednakże nihil novi po rozłamie). Można tylko żywić nadzieję (albo karmić się wspomnieniami…) na pojawienie się nowych płyt obu Katów (i jak tu nie popaść w schi­zofrenię?!;)

A tymczasem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pisać o muzyce… w każdym razie łatwo nie jest, bo wszystko, co zostanie powiedziane lub napisane z perspektywy czasu nijak się ma do emocji towarzyszących, a raczej prze-ży-wa-nych w trakcie trwania „misterium dźwięków”. I tak oto, nosząc się z owym tekstem od tygodnia, w końcu go popełniam, choć daleki on jest od tego, co tak naprawdę można by przekazać czystą emocją. Trzeba po prostu tę muzykę naprawdę „czuć” i kochać „sercem popękanym”, by zrozumieć…;)

Zdjęcie: www.lastfm.pl

Miasto, Masa, „Machines”

paź
28

Koneserom dobrych dźwięków polecam album wrocławskiej grupy HETANE o wdzię­cznym tytule „Machines”. Jak   sama nazwa albumu wskazuje, na krążku znajdziemy sporo „mechanicznych” industrialnych i mrocznych trip-hopowych akcentów, ciężkich riffów, klimatów rodem z Nine Inch Niles, Switchblade Symphony, Portishead (w każdym razie ja takowe zbieżności odczuwam słuchem mem absolutnem), dźwięków generowanych przez czterech enigmatycznych muzyków: Radka „Rada” Spaniera – czarującego elektroniką, Łukasza „Jelenia” Pola – pogromcy gitar i wirtuoza cytry, Janusza „Maliny” Malinowskiego – nadającego rytm całej sprawie, Remika „Rema” Karpienki – wiedzącego, jak użyć gitary basowej, by poruszyć czułe „struny” naszej duszy. Spośród gęstwiny soczystych dźwięków wyłania się niski tembr głosu Magdy Oleś, przeszywający do szpiku kości.

Premiera albumu miała wprawdzie miejsce już jakiś czas temu, w któryś z marcowych dni lub wieczorów Roku Pańskiego 2009 (dokładnie 06.03.09), ale ja chętnie powracam do tej mglistej, nostalgiczno-drapieżnej krainy, gdzie wściekłość (i wrzask) – kiedy „nienawidzimy, nienawidzimy się wzajem” (utwór „Nienawidzimy” znalazł się wcześniej na równie godnej uwagi składance „Wyspiański Wyzwala”), przeplata się z delikatnością i pięknem.

Niebawem kolejne ciekawe przedsięwzięcie tej oryginalnej grupy. 28.11.2009 r. będziemy mogli się spotkać się „na żywo” z HETANE w klubie „Firlej”, gdzie oprócz magii dźwięków oczarują nas obrazy (m.in. premiera klipu „Hard”), zapoznamy się również z twórczością Grupy 13 oraz Manufaktury Artystycznej „Formalina”. Mnie tam zapraszać nie trzeba:)))