Z nowszych filmów, które możemy obejrzeć na DVD, polecam Sherlocka Holmesa i Baader- Meinhof. Są to propozycje zupełnie różne, jednak w zasadzie – mogą dawać widzowi podobny rodzaj rozrywki. I chociaż to stwierdzenie pozornie kontrowersyjne, pokazuje jak uproszczone mogą być niezwykłe historie … Chociaż uproszczenie to nie sprawia, że filmów tych nie warto obejrzeć.
Sherlock Holmes to naprawdę świetne kino. Szczególnym atutem filmu jest koncertowa gra w wykonaniu Roberta Downeya Jr. Jego Holmes ma wiele uroku i nonszalanckiej charyzmy…
Dobrze spisał się także Jude Law, chociaż przyznam, że nie jestem wielbicielką jego talentu. Powstał film łączący w sobie zalety kina akcji, kryminału i … komedii oczywiście.
Baader – Meinhof to również obraz, który warto obejrzeć, chociaż w pewnym momencie traci tempo i rozmywa się. Ja zdecydowałam się na seans ze względu na historię Ulrike Meinhof. Przemiana do pewnego momentu ukazana jest dość wiarygodnie, później jednak napięcie dramatyczne filmu opada…Oczywiście, można się zastanawiać, czy pewnym założeniem reżysera nie było pokazanie niezbyt fascynujących ludzi w niezbyt fascynujących czasach.
Mimo wszystko – kino na 4 +.
„Biała wstążka” – najnowszy film twórcy słynnej „Pianistki” to dzieło, które wspaniale czerpie z dostępnych, chociaż może już nieco archaicznych form, by je przekraczać. Obraz kunsztowny, precyzyjny, mistrzowsko ukazujący znaczenie poszczególnych kwestii dla bliskiego, jak i dalszego planu.
Arcydzieło? Dla mnie – bez wątpienia tak. Wolę zacząć dość czołobitnie, aby wszyscy ci, którzy spodziewają się krytycznej recenzji, zaprzestali w tym momencie czytania mojego tekstu. Krytyki nie będzie – raczej mimo wszystko trudny do zwerbalizowania zachwyt.
„Biała wstążka” początkowo wydaje się filmem w starym stylu, niebywale eleganckim, wyreżyserowanym z prawdziwą dbałością o doznania estetyczne widza. Biało – czarne zdjęcia ukazują świat jak z oglądanych z sentymentem widokówek. Pełen pozornego porządku, harmonijny, momentami sielankowy. Jednak, kto zna twórczość Hanekego, pozostaje czujnym obserwatorem pełnego uroku mikroświata niemieckiej miejscowości Eichwald. I zaczyna szybko dostrzegać pierwsze symptomy zepsucia.
Narratorem powieści jest sympatyczny, trzydziestoletni nauczyciel. Dobry, otwarty, budzący zaufanie. Jakby spoza zamkniętego świata, który w miarę poznawania, coraz bardziej przeraża.
Chaos przeradzający się w triumf zła zaczyna dominować czy też ujawnia się w momencie wypadku lekarza, o którym de facto wszyscy szybko zapominają. Co prawda, nie wiadomo, czy ktoś spowodował upadek lekarza z konia z premedytacją, czy nieświadomie, a ziarno niepewności w mieszkańcach zostaje zasiane. Kolejne wypadki sprawiają, że ludzie stają się wobec siebie coraz bardziej podejrzliwi. Jednak nie na tyle, by winą obarczyć tych, którzy wydają się najbardziej prawdopodobnymi sprawcami.
W „Białej wstążce” oprócz życia całej miejscowości, z baronem, lekarzem, księdzem, chłopami – obserwujemy także „życia” poszczególnych rodzin. Zbliżamy się do postaci, zaczynami wnikać w ich codziennie rytuały, przyglądamy się ujawnianym przez nie kompleksom i perwersjom, a sentymentalne wyobrażenia zbudowane z eleganckich obrazków zaczynają się nie tyle nawet rozsypywać, co psuć.
Haneke „Białą wstążką” dowiódł nie tylko, że jest wybitnym filmowym rzemieślnikiem mającym swój styl, ale również, że nie ma dla niego obszarów, których nie umiałby swoim talentem objąć. Mam na myśli nie tylko wspaniałe przełamywanie tabu, pokazywanie rzeczywistości niechcianej, wstydliwej, podpatrzonej ukradkiem, ale i umiejętność mówienia językiem filmu o kwestiach wydawałoby się bliższych literaturze niż salom kinowym. Takich, które poruszają nas swoim cichym monologiem. Co ciekawe, oglądając „Białą wstążkę”, odczuwa się pewne jej pokrewieństwo z powieściami, których się już nie pisze, a które powstawały gdzieś na krawędzi twórczości Dostojewskiego i Manna.
Aktorzy, którzy grają w „Białej Wstążce”, są momentami także wybitni. Gdy Martin (Leonard Proxauf) leży przywiązany wbrew sobie do łóżka, widz może poczuć jego niemoc i upokorzenie. Pisząc o tym obrazie Hanekego, nie sposób nie zauważyć całej galerii przejmujących postaci stworzonych przez dziecięcych aktorów. W zasadzie, „Biała wstążka” to także, a może przede wszystkim opowieść o dzieciach, o ich zderzeniu z dorosłą tyranią, o utracie niewinności i dziecięcej godności.
Fenomenalny jest także symbol białej wstążki, swoistego piętna, które naznacza i określa innego, gorszego. Rzecz nie do pominięcia.
Polecam wszystkim miłośnikom dobrego kina – ale również dobrej literatury.
Najnowszy film Janusza Morgensterna to nietypowy moralitet. Kwestie etyczne są w nim stale obecne, jednak stanowią jedynie dalszy plan – na pierwszym znajdują się osobiste ambicje i rozterki. Wielka historia wkrada się do życia bohaterów, niekiedy nadaje mu ton, ale głos decydujący należy do nich, przy czym wpływają na niego również mniej lub bardziej słusznie moralnie podszepty wynikające z prywatnych etyk.
W roli głównej – studenta polonistyki Kamila, zobaczymy Lesława Żurka, który swoja grą aktorską podkreśla cechę konstytutywną bohatera, jaką jest w zasadzie brak wyrazistej osobowości. Kamil zawsze zostaje w pół kroku między sprzecznymi racjami, nie wadzi się z losem ani z sytuacją polityczną, asekuruje się, by nie wziąć na siebie pełnej odpowiedzialności. Jego „nieokreśloność” sprawia, że chociaż chwilami widz go potępia, to ostatecznie ma dla niego dużo wyrozumiałości, podobnie jak reżyser.
W roli rodziców Kamila zobaczymy wspaniałego Janusza Gajosa, grającego nawróconego przyjaciela systemu, który doskonale czyta nastroje społeczne i chętnie im przyklaskuje, manifestując przynależność do tego, co cenione przez puste gesty i rytuały oraz Annę Romantowską – jej bohaterka, to kobieta pozostająca na krawędzi, rozdarta między krytyczną moralną oceną męża a miłością do rodziny.
W pozostałych rolach wystąpiły między innymi Tamara Arciuch i Magdalena Cielecka. Ich kreacje są ciekawie i oryginalne, jednak ze względu na być może nurt opowieści, nierozbudowane.
„Mniejsze zło” to opowieść o chłopcu, który chciał być kimś – poetą, pisarzem, a później już tylko w miarę przyzwoitym człowiekiem. Chociaż plakat sugeruje trójkąt miłosny – film Morgensterna to raczej dramat obyczajowy niż melodramat. Dla mnie największym atutem filmu było to, co inni mogą uważać za jego słabość- pewna „literackość” postaci, umowność przedstawionego świata, szkicowość – niekoniecznie schematyczność fabuły. W „Mniejszym złu” wiele się dzieje, jednak daleko do prawdziwych dramatów i prawdziwego zła. Paradoksalnie, szkicowość ta sprawia, że do bohaterów nam bliżej, ponieważ wydają się dość codzienni, przeciętni, niekiedy zabawni w swoim umiłowaniu symboli i przywiązaniu do swoich powierzchownych przekonań czy wyobrażeń. Polecam „Mniejsze zło” wszystkim zainteresowanym filmami poruszającymi problem kondycji ludzkiej w mniejszej a przez to bliższej perspektywie, jak również tym, którzy o złu prywatnym chcą snuć refleksje także w kinie, przyjmując jako punkt wyjścia jak i cel tych przemyśleń człowieka a nie zło (co wydaje się, że miało miejsce w „Domu złym”).
zdjęcie za www.vision.pl
Zapowiada się gorący tydzień w kinie – już jutro premiera nowego filmu kultowego reżysera. Woody Allen prezentuje obraz zatytułowany „Whatever Works”, co na język polski zostało przetłumaczone jako mało finezyjne: „Co nas kręci, co nas podnieca”. Jak wynika z głosów recenzentów – na ten firm warto wybrać się do kina. Nie zawiodą się fani „klasycznego” Allena, którym mniej przypadły do gustu takie jego filmy jak „Melinda i Melinda” czy „Wszystko gra”.
Atuty? Humor i lekkość. Mimo że tytuł sugeruje romantyczne uniesienia, to „Co nas kręci, co nas podnieca” jest raczej fantazyjną opowieścią z Manhattanu, niż melodramatem w wersji light.
W głównych rolach zobaczymy między innymi utalentowaną Evan Rachel Wood, którą mogliśmy oglądać jako córkę tytułowego bohatera w świetnym „Zapaśniku”, jak również Patricię Clarkson – aktorkę o imponującym dorobku filmowym.
Nie chcę zdradzać szczegółów fabuły- napiszę tylko, że będzie śmiesznie i ironicznie. Oczywiście, miłość i tematy „rodzinne” również pojawią się w tle. W niezbyt typowej konfiguracji.
Dla miłośników kina mniej popularnego – polecam hiszpański obraz „Ja, też” oraz szwedzki „Burrowing”.
Kino familijne? Jeśli dla kogoś w tym pojęciu nie mieszczą się najlepsze filmy Allena, może wybrać się na animację „Jak wytresować smoka”, producentów „Madagaskaru” i „Shreka”. Wikingowie, fantasy, quest, ogromny smok i mały chłopiec – ten animowany shake, biorąc pod uwagę opinie widzów, smakuje dobrze.
Taka niespodzianka. Nie Avatar, a The Hurt Locker okazał się największym zwycięzcą tegorocznych Oscarów. Nie pan Cameron, a …
Ta odrobina pikanterii pokazuje, że Oscary to specyficzna nagroda. No cóż, nie widziałam żadnego ze wspomnianych filmów. Nie oglądam też filmów z Sandrą Bullock.
„Alicja w Krainie Czarów” w reżyserii Tima Burtona wczoraj trafiła do kin. Najnowszy film autora kultowych obrazów, jak chociażby „Ed Wood”, to przykład udanej produkcji, która kierowana jest do możliwie najszerszego grona odbiorców. Spodoba się zarówno dzieciom, młodzieży, miłośnikom nieco bardziej ambitnego repertuaru, jak również kina familijnego. Czy zachwyci? Trudno o jednoznaczną odpowiedź.
Powieściowy oryginał Lewisa Carrolla pełny był alogicznych (?) gier językowych, z którymi wadzenie się mogło stać sie prawdziwą przyjemnością dla wielbicieli inteligentnych wyzwań. Jego „Alicja” to historia nie tylko dziewczynki, która odkryła niezwykły świat, ale i opowieść o języku i jego apodyktycznych regułach – a raczej swoisty manifest wolności językowej i wyobraźni.
Duch oryginału umknął ekranizacji, którą możemy obejrzeć w technologii 3D. Co dostajemy w zamian?
Zapewne mocną stroną filmu są wspaniałe kreacje aktorskie. Mia Wasikowska gra Alicję z urokiem i klasą, potrafi skupić na sobie uwagę widza. Jest naturalna i autentyczna – uwięziona w pewien sposób w swojej postaci – stara się sprostać wymaganiom stawianym „prawdziwej” Alicji. Kiedy trzeba- szorstka i niepokorna, w ciekawy sposób zbudowała swoją rolę ( i zapewne w ciekawy sposób rola została napisana).
Fantastycznie ogląda się także Helenę Bonham Carter jako Czerwoną Królową oraz Johny’ego Deppa jako Kapelusznika . Ich postaci są pełnokrwiste, a gra- niebanalna.
Odrobinę gorzej prezentuje się cała historia przedstawiona w filmie – nie udało się Burtonowi uniknąć prostoty czy też schematu przygody – co momentami rozczarowuje. Wiadomo, trudno byłoby przełożyć kreację słowa literackiego autorstwa Carolla na język filmu - może dialogi prowadzone z wiekszą wirtuozerią pomogłyby w ukazaniu temu, co w oryginale było najcenniejsze?
Film jest zapewne piękny od strony wizualnej, jednak dla mnie więcej uroku miały twarze aktorów na pierwszym planie oglądane niekoniecznie poprzez ciemne „szkła” okularów. Niespecjalnie przekonują mnie te optyczne tricki – dobry obraz broni się w 2d (szczególnie, jeśli reżyser oferuje również „wartość dodaną”, niekoniecznie oznaczającą efekty).
Z wielu zabiegów Burtona mnie najbardziej spodobało się lekkie uaktualnienie postaci Alicji, która jest naprawdę mocną stroną filmu. Poza tym świat fantazji Carolla broni się w zasadzie sam i ma wiele uroku.
„Alicję w Krainie Czarów” oglądałam w wersji z dubbingiem – i zaskoczyła mnie jego świetna jakość. Szczególnie dobrze poradziła sobie Marta Wierzbicka – jej nieinfantylnego głosu aż chce się słuchać.
Mimo wszystko polecam – kończę swój wpis w ten sposób jedynie dlatego, że miałam okazję „rozprawiać” nad dziełem Carolla w gronie zapalonych tropicieli języka (pod świetnym przewodnictwem). Ci z Was, którzy nie znają specyficznego humoru Carolla, a lubią przygody i zapierające dech obrazy – niech idą do kina. Myślę, że się nie rozczarujecie.
Najnowszy film Feliksa Falka, „Enen”, to wciągająca opowieść o człowieku pozbawionym przeszłości. Główne role koncertowo zagrali Borysz Szyc i Grzegorz Wolf.
Film ukazuje historię pacjenta szpitala psychiatrycznego, który nie ma tożsamości – nie wiadomo, jak naprawdę się nazywa, dlaczego został przyjęty do szpitala, kim był wcześniej … Wiele znaków zapytania intryguje młodego psychiatrę, który postanawia zająć się terapią tytułowego Enena oraz rozwikłać jego zagadkę.
Tłem filmu Falka jest powódź z 1997 roku, jednak oglądając ten film można mieć wrażenie, że akcja działa się wcześniej i sam obraz także powstał kilkanaście lat temu. Niekoniecznie jest to słabością filmu Falka – aura kina lat wcześniejszych sprawia, że „Enen” ma wiele uroku.
Zapewne mocną stroną filmu są dialogi i gra aktorska. Sam scenariusz, chociaż momentami bardzo schematyczny, także nie należy do najsłabszych.
„Enen” nie jest obrazem porywającym – ale spodoba się tym, którzy lubią historie z tajemnicą, kino obyczajowe, psychologiczne niuanse, itp. Podsumowując – ogląda się go dobrze. To film na przyzwoitym poziome – nie zachwyca, ale i nie rozczarowuje. Dzięki wspaniałej obsadzie może autentycznie poruszyć widza.
Zaletą „Enena” jest też także jego niepowtarzalność – pewnie krytycy powiedzą, że takich historii w kinie opowiadano już wiele, jednak współcześnie rzadko kiedy można obejrzeć ciekawy, ale i skromny dramat z elementami kryminału i nie doznać rozczarowania.
Oglądanie filmu „Hanami – kwiat wiśni” to prawdziwa przyjemność. Szczególnie dla wszystkich, którzy lubią dobre kino obyczajowe dalekie od schematów.
Największą zaletą „Hanami” jest umiejętne łączenie konwencji dokumentu z urokiem baśni. To sprawia, że polecany film jest wyjątkowy, spójny i porusza widza.
Nie będę więcej pisać – jeśli spodobał Wam się tytuł, plakat, bądź interesujecie się tańcem butoh – obejrzyjcie go.
5/6
Jessica Hausner w swoim najnowszym filmie zaprasza widza do subtelnej podróży w głąb własnej wrażliwości. Opowiada niezwykłą historię zwykłej kobiety, którą spotyka cud. Główna bohaterka Lourdes, Christine, odbywa pielgrzymkę do francuskiego sanktuarium, chociaż, jak przyznaje, woli wycieczki krajoznawcze, i chętniej pojechałaby do Rzymu. Jednak z powodu choroby – stwardnienia rozsianego, jej samotne podróże są dla niej niemożliwe, bierze więc udział w pielgrzymce, podczas której opiekować się nią mają katolickie wolontariuszki.
Christina nie jest osobą głęboko wierzącą – kolejnym rytuałom przygląda się więc z dystansem. Zapewne wie, że uczestniczy w czymś dla wielu ludzi niezwykłym, jednak osobiście nie prowadzi jej to do wielkich wzruszeń. Ale to właśnie jej śni się Matka Boska – i to ona wstaje z wózka inwalidzkiego. Dla niej to zwycięstwo nad chorobą, szansa na zwykłe życie, dla innych – dowód łaski, bądź też nieprzewidywalności Boga.
„Bóg jest wszechmocny czy dobry?” – pyta jeden z opiekunów pielgrzymów. Ksiądz odpowiada, chociaż na jego twarzy nie maluje się uczucie pewności czy głębokiego przekonania. To pytanie odbija się echem w całym filmie – grupa pielgrzymów jedzie bowiem do Lourdes dla cudu właśnie. Są wśród nich bardziej i mniej wierzący; tacy, którzy zazdroszczą Christine i pytają dlaczego ona, nie – ktoś inny, bardziej religijny. Czy na cud można zasłużyć, zapracować?
Te pytania ukazują ludzkie oblicze pielgrzymów. Nawet w swojej wierze i w uświęconym miejscu, w obliczu tajemnicy, wątpią, okazują zazdrość, zastanawiają się nad sensem cudu i jego trwałością. Sceny rozmów pielgrzymów mogą się kojarzyć z filmami Bergmana czy Tarkowskiego – co prawda, bohaterowie nie dojdą do sedna, nie odkryją sensu, jednak pytają, a ich rozterki zbliżają się do wielkich dyskusji. Są jednak ukazane z ironią – chociaż pytają o istotę, nie znaczą tak wiele, gdyż pozostają jedynie pojedynczymi głosami w opowieści o ludzkim cierpieniu.
Nie chcę zdradzać szczegółów fabuły, jednak warto napisać, że ci, którzy nie pójdą do kina z powodu plakatu, tytułu, albo uprzedzeń do filmów poruszających temat wiary, a cenią dobre kino obyczajowe, podejmą złą decyzję. Lourdes to obraz świecki, w którego centrum znajdują się ludzie – nie Bóg. To ludzki porządek wyznacza jego dynamikę, padają ludzkie pytanie i rodzą się ludzkie wątpliwości. Nie jest to kolejna historia o odkupieniu, raczej opowieść o uniwersalnym doświadczeniu samotności, lęku i bólu.
Lourdes jest filmem surowym, ascetycznym, chociaż niepozbawionym pewnego mistycyzmu. Spodoba się zatem, jak zauważył Tadeusz Sobolewski, wierzącym i niewierzącym.
Jego wielkim atutem jest wyczucie, z jakim został wyreżyserowany – Lourdes nie zmusza do łez, chociaż w jego centrum znajdują się ludzkie dramaty. Ukazuje pustkę i tajemnicę, które niekoniecznie okazują się dwoma przeciwległymi biegunami.
W Lourdes pojawia się scena, kiedy pielgrzymi oglądają zapis rozmowy z cudownie uzdrowionym. Rozmowa ta budzi zarówno sceptycyzm, jak i wiarę w kolejny cud. Widzowie tamtego filmu siedzą w kinie naprzeciwko nas. Również znajdują się po stronie obserwatora – skonfrontowani ze swoją wiarą i nadzieją, tak samo jak my. Chociażby dla tej fenomenalnej sceny warto obejrzeć Lourdes.
6/6
http://www.youtube.com/watch?v=_7Ec64c3T2I&feature=related – trailer, polecam
Wiadomość do redakcji serwisu filmweb – recenzję na filmweb publikuję jako filomara. Pozdrawiam