Jessica Hausner w swoim najnowszym filmie zaprasza widza do subtelnej podróży w głąb własnej wrażliwości. Opowiada niezwykłą historię zwykłej kobiety, którą spotyka cud. Główna bohaterka Lourdes, Christine, odbywa pielgrzymkę do francuskiego sanktuarium, chociaż, jak przyznaje, woli wycieczki krajoznawcze, i chętniej pojechałaby do Rzymu. Jednak z powodu choroby – stwardnienia rozsianego, jej samotne podróże są dla niej niemożliwe, bierze więc udział w pielgrzymce, podczas której opiekować się nią mają katolickie wolontariuszki.
Christina nie jest osobą głęboko wierzącą – kolejnym rytuałom przygląda się więc z dystansem. Zapewne wie, że uczestniczy w czymś dla wielu ludzi niezwykłym, jednak osobiście nie prowadzi jej to do wielkich wzruszeń. Ale to właśnie jej śni się Matka Boska – i to ona wstaje z wózka inwalidzkiego. Dla niej to zwycięstwo nad chorobą, szansa na zwykłe życie, dla innych – dowód łaski, bądź też nieprzewidywalności Boga.
„Bóg jest wszechmocny czy dobry?” – pyta jeden z opiekunów pielgrzymów. Ksiądz odpowiada, chociaż na jego twarzy nie maluje się uczucie pewności czy głębokiego przekonania. To pytanie odbija się echem w całym filmie – grupa pielgrzymów jedzie bowiem do Lourdes dla cudu właśnie. Są wśród nich bardziej i mniej wierzący; tacy, którzy zazdroszczą Christine i pytają dlaczego ona, nie – ktoś inny, bardziej religijny. Czy na cud można zasłużyć, zapracować?
Te pytania ukazują ludzkie oblicze pielgrzymów. Nawet w swojej wierze i w uświęconym miejscu, w obliczu tajemnicy, wątpią, okazują zazdrość, zastanawiają się nad sensem cudu i jego trwałością. Sceny rozmów pielgrzymów mogą się kojarzyć z filmami Bergmana czy Tarkowskiego – co prawda, bohaterowie nie dojdą do sedna, nie odkryją sensu, jednak pytają, a ich rozterki zbliżają się do wielkich dyskusji. Są jednak ukazane z ironią – chociaż pytają o istotę, nie znaczą tak wiele, gdyż pozostają jedynie pojedynczymi głosami w opowieści o ludzkim cierpieniu.
Nie chcę zdradzać szczegółów fabuły, jednak warto napisać, że ci, którzy nie pójdą do kina z powodu plakatu, tytułu, albo uprzedzeń do filmów poruszających temat wiary, a cenią dobre kino obyczajowe, podejmą złą decyzję. Lourdes to obraz świecki, w którego centrum znajdują się ludzie – nie Bóg. To ludzki porządek wyznacza jego dynamikę, padają ludzkie pytanie i rodzą się ludzkie wątpliwości. Nie jest to kolejna historia o odkupieniu, raczej opowieść o uniwersalnym doświadczeniu samotności, lęku i bólu.
Lourdes jest filmem surowym, ascetycznym, chociaż niepozbawionym pewnego mistycyzmu. Spodoba się zatem, jak zauważył Tadeusz Sobolewski, wierzącym i niewierzącym.
Jego wielkim atutem jest wyczucie, z jakim został wyreżyserowany – Lourdes nie zmusza do łez, chociaż w jego centrum znajdują się ludzkie dramaty. Ukazuje pustkę i tajemnicę, które niekoniecznie okazują się dwoma przeciwległymi biegunami.
W Lourdes pojawia się scena, kiedy pielgrzymi oglądają zapis rozmowy z cudownie uzdrowionym. Rozmowa ta budzi zarówno sceptycyzm, jak i wiarę w kolejny cud. Widzowie tamtego filmu siedzą w kinie naprzeciwko nas. Również znajdują się po stronie obserwatora – skonfrontowani ze swoją wiarą i nadzieją, tak samo jak my. Chociażby dla tej fenomenalnej sceny warto obejrzeć Lourdes.
6/6
http://www.youtube.com/watch?v=_7Ec64c3T2I&feature=related – trailer, polecam
Zostaw odpowiedź