„Fish Tank” w reżyserii Andrei Arnold jest przykładem bardzo dobrego kina zaangażowanego, które przekroczyło formułę pytań o przyczynę i skłaniania do refleksji. To obraz dorastania w niezbyt uroczym miejscu, obok nieszczególnie pięknych ludzi. Mocny i autentyczny, angażuje nie tyle refleksję widza, ile jego emocje.
Świat w „Fish Tank” oglądamy z perspektywy piętnastoletniej dziewczyny z blokowiska, Mii. Fantastycznie grana przez Katie Jarvis, Mia, nie ma łatwego charakteru. Dni upływają jej na piciu piwa, włóczeniu się po okolicznych osiedlach, zadzieraniu z rodziną i rówieśniczkami. Wiele zmienia się, kiedy matka Mii związuje się z nowym mężczyzną. Connor to w zasadzie jedyna osoba, która naprawdę interesuje się dziewczyną, okazuje jej troskę i ciepło.
Punktem przełomowym jest wycieczka nad staw rybny – Mia postanawia wtedy zawalczyć o siebie, i zapewne duży udział ma w tym Connor. Jednak dziewczyna raczej nie należy do osób skazanych na sukces, więc na happy end nie ma co liczyć.
Siłą filmu Arnold jest bardzo szczegółowe oddanie rzeczywistości, której niekoniecznie chcemy się przyglądać. Reżyserka zwróciła uwagę na każdy niuans towarzyszący relacji Mii z Connorem. Ten emocjonalny związek jest trudny i wielokrotnie zbliża się do granicy nadużycia – co zostało doskonale ukazane, także dzięki świetnej grze Michaela Fassbendera. Uczuciowy trójkąt matka-kochanek-córka przedstawiony bez znieczulenia, ale mimo to z nastoletnią nadzieją, że jest jakieś wyjście, to bardzo mocna strona filmu.
Perfekcyjny scenariusz sprawia, że życie Mii ukazane jest ze wszystkimi półcieniami. Sprzyjają również temu niezwykłe zdjęcia.
„Fish Tank” dopiero wszedł do kin, dlatego nie będę go dokładnie „analizować”, żeby nie odbierać przyjemności przyszłym widzom. Polecam ten film szczególnie tym, którzy nie wierzą, że w kinie można opowiedzieć prawdziwą, bolesną historię z pasją i wyczuciem; autentycznie – nie łzawo.
„Fish Tank” to jeden z najlepszych filmów, jakie powstały w 2009 roku.
6/6
Najnowszy film rosyjskiego reżysera, Ivana Vyrypaewa, to dla mnie bardziej zaskakujący „zabieg” niż przygoda z kinem. Po świetnej „Euforii” oczekiwałam filmu kompletnego i artystycznie dojrzałego, chociażby w swojej niedojrzałości i świeżości. Oprócz dobrej gry aktorskiej niewiele było przyczyn, dla których oglądnęłam „Tlen” w całości.
Być może niecodzienna forma jest atrakcyjna, jednak dla mnie nie na tyle, aby czekać na kolejne muzyczne odsłony reżyserskiej wyobraźni. Niekiedy pokazywanie banalnych prawd za pomocą banalnych środków może graniczyć z artyzmem, ale nie sądzę, żeby tak było w przypadku „Tlenu”. Dla lubiących niezobowiązujące filmowe zabawy – „Tlen” może być ciekawą przygodą. Dla miłośników talentu Karoliny Gruszki również , pod warunkiem, że nie będą spodziewać się emocji jak w „Kochankach z Marony”.
Profesor Erika Kohut jest mistrzynią gry na pianinie. Jej pasja w połączeniu z surowym profesjonalizmem to recepta na sukces i sławę, o które nie musi zabiegać. Prowadzi jednak pozbawione uroku życie, które wypełniają: nauka gry młodych muzyków, niezbyt częste recitale i kłótnie z nadopiekuńczą matką. Czy coś mogłoby ją wytrącić z tej pozornej ”mieszczańskiej” równowagi? Romans?
Uważny widz od początku odkrywa za reżyserem kolejne poszlaki konfliktu i dysharmonii w świecie Eriki. Michael Haneke, podążając za Elfriede Jelinek, obnaża wewnętrzny chaos pianistki, eksponując równolegle absurdalność rzeczywistości, w której kobieta funkcjonuje. Jej związek z matką, czy relacja z młodym Klemmerem to skomplikowana próba sił i kolejne upokorzenia.
Brutalność filmu i jego bezkompromisowość w przełamywaniu tabu są doskonale umotywowane – kolejne sceny, reżyserowane wprost z matematyczną precyzją, składają sie na chłodną i dramatyczną opowieść – studium przypadku. Pytanie „dlaczego” w zasadzie nie pada – ważniejsze przecież i dla bohaterki, i dla jej otoczenia, są konsekwencje niż przyczyny. To sprawia, że widz oglądając „Pianistkę” zawiesza na chwilę dociekania oraz psychologiczne analizy, i z ciekawością podgląda gry, które podejmuje Kohut (także dzięki niezwykłej, mistrzowskiej grze Isabelle Hupert).
Choć sceny są raczej kameralne, niekiedy reżyser, jakby palcem wskazującym wytyka społeczeństwu jego wady, chociażby wtedy, kiedy widzimy na ekranie posiniaczoną twarz Eriki, o którą nikt nie pyta. Wirtouzersko wplata Haneke do filmu także niezobowiązujące wymiany zdań, które pokazują konwencjonalną pustkę panującą w środowisku pianistki.
Zapewne największą siłą „Pianistki” jest to, że kolejne akty trwają, angażując widza bezradnością i okrucieństwem, których przyczyn w trakcie projekcji niekoniecznie chce dociekać. Czuć się nieuprawnionym do łatwej oceny bohatera w świecie filmu to przywilej, który umożliwia obcowanie z obrazem wybitnym.
6/6

Terry Gilliam, jeden z członków kultowego Monty Pythona, z pewnością wierzy w wyobraźnię. Choć, jak przyznał w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, nie lubi kina fantasy, to interesują go zależności pomiędzy tym, co rzeczywiste, a tym, co wyimaginowane. Jego najnowszy film to swoisty hołd złożony nierzeczywistości, temu, co się nie dzieje, choć mogłoby się wydarzyć. Momentami entuzjastycznie przyklaskujący możliwościom umysłowej kreacji, w ogólnej wymowie dość krytyczny zarówno wobec świata realnego, jak i nierealnego, uwikłanego jednak w doczesność.
„Parnassus” jest filmem, który może zauroczyć poszukujących baśniowych opowieści pozbawionych zbędnej naiwności. To obraz dojrzałego twórcy, czerpiącego bogato z kultury i sztuki filmowej. Sprawia to, że ogląda się go świetnie, pomimo, że pod względem fabuły nie jest może wirtuozerski.
Jego atutem na pewno jest plastyczność, rozmach (także w kwestii konwencji) podszyty ironią i zwątpieniem. Krytyczny dystans sprawia, że film nie zmierza niebezpiecznie w kierunku banalnych prawd, skupiających się wokół walki dobra ze złem. Opowieść Gilliama wciąga więc, ponieważ jest lekka, uwznioślona komizmem, a nie – patosem.
Aktorstwo to również mocna strona „Parnassusa”. Świetny Christopher Plummer, autentyczny Heath Ledger i zaskakująco dobra Lily Cole, której niecodzienna uroda jest najlepszym ozdobnikiem niektórych, naprawdę doskonałych scen, sprawiają, że historię chcę się dalej oglądać, choć momentami, zupełnie jak wyobraźnia bohaterów, grzęźnie ona na fabularnych mieliznach. Bardzo dobry jest również Andrew Garfield, który fantastycznie prowadzi w zasadzie dwie, a nawet trzy postaci równolegle. Tom Waits w roli diabła to jakby nagroda dla widza, kolejna wyrazista twarz i osobowość wymykająca się łatwym etykietom.
Pomysł zastąpienia zmarłego Ledgera trzema gwiazdami (Depp, Law i Farrel) mnie nie zachwycił. Chociaż być może jest atrakcyjny formalnie, odbiera filmowi aspekt naturalności, specyficzny drugi plan, który uwiarygadnia i osadza „Parnassusa” w bliskiej nam rzeczywistości.
Film ten polecam i tym, którzy lubią fantasy, i tym, którzy wolą Monthy Pythona. Gilliam swoje ekranowe danie dobrze przyprawił, więc spodoba się ono szerokiemu gronu smakoszy, pod warunkiem, że zamiast próbowania smaków po kolei, zdecydują się odważyć i skonsumować danie bogate w wiele smaków jednocześnie.
W jednej ze scen Ledger mówi „I had a dream”, a zaraz po tym śmieje się jakby skrępowany nieoczekiwaną doniosłością tego wyznania… Dystans Gilliama do jego reżyserskich zakusów sprawia, że „Parnassus” ma wiele niespodziewanego uroku.
moja ocena: 5/6

„Dom zły” to z pewnością jeden z ciekawszych, polskich filmów. Ma ciężką, gęstą atmosferę – momentami nie chce się już oglądać tej ponurej, krwawej rzeczywistości miejsca pozbawionego nadziei. Zło ukazane w obrazie Smarzowskiego jest prymitywne i odrzucające, a moralne upodlenie znajduje wielu wyznawców. Pesymistyczna wizja przeraża, jednak mnie nie poruszyła do końca – zło w filmie jest tak wszechogarniające, że tytułowy dom ogląda się jak mikroświat wzięty pod lupę przez ciekawego reżysera, który nie pyta o tego zła przyczyny, prędzej tworzy mozaikę ohydnych charakterów. Być może mój dystans do „Domu złego” wynika z tego, że bardziej interesuje mnie kino analityczne – Smarzowski z kolei stworzył spójną pocztówkę ze świata antywartości, w którym panuje swoista konieczność, nie dając miejsca pytaniu „dlaczego?”, prędzej „kogo jeszcze?”.
Czekam więc na „Białą wstążkę” na DVD.
Poza tym porównania do „Fargo” czy filmów Tarantino niepotrzebnie odbierają to, co jest największą zaletą filmu Smarzowskiego – niepowtarzalność i „niepodobność” do innych produkcji.
Moja ocena 5.5/6

„Lektor” to dla mnie film zachwycający.
Czytając recenzje, natrafiłam na artykuł Tadeusza Sobolewskiego : http://film.gazeta.pl/film/1,24464,6376288,Esesmanka__moja_milosc.html, który polecam .
Moja ocena 6/6

Jaki są Wasze ulubiony filmy zaliczne do tzw. kina skandynawskiego?
Zapraszam do dyskusji.
Według mnie: „Rekonstrukcja”, „Tuż po weselu”, „Reprise. Od początku raz jeszcze”.
Oczywiście , dotyczy to filmów powstałych po 2000 roku.
Lubię również „Jabłka Adama”, bardzo podobali mi się „Bracia”.
Czy coś jeszcze możecie polecić?

flickr.com
„I’m Not There” to film w reżyserii Todda Hayensa, który spodoba się nie tylko miłośnikom Boba Dylana, ale również wielbicielom dobrego kina i Ameryki. Zręcznie poprowadzona biografia, pełna reżyserskiej wirtuozerii, zachwyci fanów doskonałego aktorstwa. Film warto zobaczyć chociażby dla Cate Blanchett, która potrafi zwieść widza do tego stopnia, że niektórzy naprawdę nie rozpoznają tej znanej aktorki. Wspaniała jest również kreacja Heatha Ledgera.
„I’m Not There” zachwyca także specyficzną, wyjątkową atmosferą. To film z klimatem, w którym opowiadania historia nie jest na pierwszym planie.
Wariacje na temat biografii? Być może, ale te zaskakujące, niejednoznaczne postaci, ta muzyka, ten styl… Film oryginalny na miarę oryginału.
Moja ocena 5/6
.jpg)
„Bękarty wojny” właśnie trafiły do wypożyczalni DVD. Czy warto obejrzeć ten film? Wiele zależy do tego, ile jesteśmy w stanie przyjąć z przymrużeniem oka, z miłości do kina.
Nie jestem wielbicielką filmów Quentina Tarantino, jednak postanowiłam obejrzeć „Bękarty wojny” po zobaczeniu w kinie trailera. Film jest dość długi (trwa ponad 150 minut) i niestety nierówny. Z pewnością trudno byłoby określić nowy obraz Tarantino mianem wielkiego kina. Jednak podczas ponad dwugodzinnego seansu zdarzają się naprawdę genialne momenty.
Żonglerkę konwencjami zapowiada już scena otwierająca film, przypominająca pierwszy akt dramatu. We Francji pułkownik Hans Landa, łowca Żydów, odwiedza dom Pierrera w poszukiwaniu rodziny żydowskiej. Towarzyszy temu motyw muzyczny z utworu „Dla Elizy”, który nie chce się rozwinąć. Widz wie już, że w filmie niewiele będzie „na serio”. Pułkownik prowadzi z Francuzem rozmowę, w której przyznaje, że tajemnica jego talentu do tropienia Żydów tkwi w tym, że myśli jak oni, a nie zwykły, niemiecki żołnierz. Komiczne jest to, że pułkownik wydaje się nie zdawać sobie sprawy z tego, że pod podłogą ukrywa się poszukiwana przez niego rodzina. W pewnym momencie następuje jednak nieoczekiwany zwrot akcji – pułkownik łamie Pierrera, po czym jego żołnierze mordują Żydów.
Wspomniana scena ukazuje w doskonały sposób, jak Tarantino bawi się możliwościami, które daje kino. Dlatego też „Bękartów wojny” ogląda się dobrze, jednak nie pozostawiają w pamięci całościowego wrażenia, a raczej fragmentaryczne wspomnienia obrazów i scen.
Siłą filmu z pewnością są świetne dialogi, cięte, dowcipne i inteligentne. Także gra akorska to duży atut filmu, bardzo dobrzy są: Christoph Walz, Diane Kruger, Til Schweiger, Melanie Laurent. Szczególnie ostania wymieniona aktorka doskonale gra Żydówkę, której udało się wyrwać śmierci, a raczej niemieckiemu pułkownikowi, i pomścić swoją zmarłą rodzinę.
Sama akcja „Bękartów wojny” niekoniecznie jest zręcznie poprowadzona, i chociaż wszystko od początku zmierza ku wielkiemu finałowi, to niektóre epizody są dość nużące.
Jako, że nie chcę zdradzać tego, jak potoczy się ta niesamowita opowieść, zwrócę uwagę na kwestię wielkiej historii w filmie. Oczywiście, Tarantino w tym filmie historię profanuje, bawi się nią, wyciągając z kapelusza dziejów tylko bardziej interesujące postacie, które z prędkością godną królika opuszczają kolejne kadry „Bękartów wojny”. Poruszanie kwestii związanych z moralnością, dialogiem w historii, itp., przy okazji „Bękartów wojny”, wydaje się nie mieć sensu. Dla mnie absolutnie nie jest to wojenne katharsis, ani nawet alternatywna narracja, tylko świat filmowych fantazji, których nie powinno się mierzyć historyczną miarą.
Tarantino w „Bękartach wojny” inspiruje się mocniej historią kina niż historią ludzkości. Są momenty komiksowe, lynchowskie, kina noir, a nawet baśniowe, można więc powiedzieć, że spektakl powstał z rozmachem i czułością na filmowe niuanse. Jednak całość trochę kuleje, jak niektórzy bohaterowie. Wątpię, by był to zabieg celowy, chociaż pewna autoironia reżyserska, która co krok uprzytamnia nam, że to tylko kino, jest stałym elementem filmu.
„Wyszło mi arcydzieło” mówi amerykański bękart, Brad Pitt, wycinając na czole niemieckiego żołnierza krwawą swastykę. Jeśli jest to głos reżysera, nie możliwe jest nie usłyszeć w nim wspomnianej ironii.
Moja ocena 4.5/6

Film „C.R.A.Z.Y” to nowoczesne kino familijne, które spodoba się każdemu, kto lubi lata 60′ i 70′ oraz urok muzyki i mody tamtych czasów. Gatunkowo „C.R.A.Z.Y” zbliża się do komedii i dramatu obyczajowego. Jest to dobrze opowiedziana historia dorastającego Zaca, który ma wielu braci i nie mniej problemów. Zac to nastolatek poszukujący swojej tożsamości, niepokorny, buntujący się przeciwko panującej w jego rodzinie hierarchii. Świetnie zagrał go kanadyjski aktor Marc – Andre Grondin.
Dużym atutem filmu jest również muzyka, która ucieszy szczególnie miłośników Davida Bowie. Świetne, klimatyczne zdjęcia to gratka dla wielbicieli wspomnianych dekad. „C.R.A.Z.Y” ma więc wiele mocnych punktów, dlatego ten film doskonale się ogląda. Nie jest przeciążony ani psychologią, ani tłem kulturowym, ani społecznym. To sprawia, że jest lekki i bogaty w konteksty, które są delikatnie zarysowane. „C.R.A.Z.Y” to obraz świeży i dynamiczny, jak tytuł. Polecam go każdemu, lubiącemu filmy lżejsze w pozytywnym sensie, dalekie od scenariuszowych schematów i dialogowych katastrof.
Moja ocena 5/6