
„Tajemnica Brokeback Mountain” to jeden z moich ulubionych filmów. Pięknie opowiedziana smutna historia o miłosnym niespełnieniu, które towarzyszy bohaterom przez całe życie, wzrusza w subtelny sposób. Największe wrażenie wywarła na mnie gra aktorska Heatha Ledgera. Jego Ennis to prawdziwy kowboj, przypominający macho z reklamy papierosów Malboro. Małomówny, zdystansowany, szorstki, obawiający się swojej wrażliwości – Ledger w roli Ennisa to wystarczający powód, aby ten film obejrzeć. Inne zalety to niesamowite zdjęcia, doskonała muzyka – oglądanie ”Tajemnicy Brokeback Mountain” to prawdziwa uczta dla kinomana. Ang Lee naprawdę potrafi opowiadać o miłości.
Moja ocena 6/6
http://www.syrenafilms.com/images/movies/Rewers/plakat/
„Rewers” to film – wydarzenie. Debiut Borysa Lankosza otrzymał wiele nagród i napisano o nim liczne, pełne zachwytu recenzje. Rzeczywiście, ten obraz jest niezwykle finezyjny, co zdecydowanie wyróżnia go na tle rodzimych produkcji.
„Rewers” opowiada o zmaganiu się z niepokojącą rzeczywistością około trzydziestoletniej polonistki o imieniu Sabina, zatrudnionej w wydawnictwie. Wolny czas upływa jej na rozmowach z matką i babcią, które starają się zadbać o przyszłość ukochanej córki i wnuczki, szukając odpowiedniego dla niej kandydata na męża. Wybranek zjawia się niespodziewanie, a romans z nim w niezwykły sposób wpływa na jej losy.
Historia opowiedziana w filmie jest zdumiewająca. W Sabinie budzi się namiętność i kobiecość, jednak zdaje się, że nie szuka ona „mężczyzny swojego życia”. I wtedy właśnie pojawia się on- przystojny jak przedwojenny hollywoodzki aktor, Bronisław. Widz ma już nadzieję, że połączy ich romantyczne uczucie, jednak wydarzenia przybierają zupełnie inny obrót. Śledząc historię Sabiny i Bronisława, przypominają się słowa piosenki „Każdy spotka tego diabła, którego się boi”. „Rewers” w inteligentny sposób igra z oczekiwaniami i żongluje konwencjami. Bardzo podoba mi się postać Sabiny, w oczywisty sposób niewspółczesnej, a jednak do pewnego stopnia nowoczesnej. W końcu udaje jej się przecież poskromić groźnego przeciwnika i to brawurowo.
Zwroty akcji są z pewnością ogromnym atutem filmu. Oglądając „Rewers” można się zastanawiać, co jeszcze wydarzy się w niepozornym mieszkaniu w Warszawie. Każda kolejna odsłona – zaskakuje. Niezwykłe jest aktorstwo, szczególnie Agaty Buzek, która prowadzi swoją postać przez kolejne meandry filmu z lekkością i wirtuozerią. Urzeka również Krystyna Janda, fenomenalnie grająca matkę zatroskaną, silną, waleczną – w zależności od sytuacji, w jakiej się znajduje. Anna Polony także nadaje „Rewersowi” stylu. Z kolei Dorociński w roli Bronisława zmienia się jak kameleon, na początku powalający, później odpychający, jest niewątpliwie idealny do roli niebezpiecznego kochanka, który przy bliższym zapoznaniu traci swój urok. Jednak pisanie, że to rola na miarę jego talentu, wydaje się przesadą – moim zdaniem więcej umiejętności aktorskich dowiódł w świetnym „Ogrodzie Luizy”.
W „Rewersie” niektóre sceny zaskakują swoją kompletnością – postacie, muzyka, światło, pozwalają stworzyć dopracowane urzekające całości (np. scena połykania przez Sabinę monety, która przypomina przyjmowanie komunii). Siłą filmu są również jego dialogi – bohaterowie mówią językiem prostym, przeszłym, niekiedy niepasującym do sytuacji, co wywołuje śmiech widza.
Pisanie o „Rewersie” to wymarzone zadanie dla krytyka filmowego – surrealizm, groteska, kino noir, groza, socrealizm – „Rewers” efektownie nawiązuje do wielu gatunków i konwencji, jest bogaty w kinowe cytaty.
Film Lankosza to wyrafinowana rozrywka, a przyjemność z jego oglądania z pewnością będą mieli wszyscy ci, którzy potrafią delektować się detalami. Jest lekki, momentami demoniczny, a w jego centrum są zwykli ludzie i ich splątane losy wzięte pod lupę przez sprawnego artystę. Po „Rewersie” chętnie obejrzałabym „Awers” – być może mniej wirtuozerski, a bardziej „ciężki” psychologią postaci, mechanizmami historii, itp. Jednak to moje osobiste tęsknoty, spowodowane nie – rozczarowaniem mistrzowskim filmem, a ciekawością, jaką rozbudziła w wysublimowany sposób przedstawiona w nim opowieść.
Moja ocena 5.5/6

„Zamek z piasku, który runął” to ostatnia część trylogii „Millenium” Stiega Larssona. Jest efektowna i wciągająca, równie dobra jak „Millenium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” (wiele osób uważa, że to najlepsza część trylogii). Główny akcent został położony na kwestie polityczne, a książka zawiera wyraźną krytykę wszelkich nieformalnych działań prowadzonych w ramach „państwa prawa”.
Lisbeth Salander jest uwięziona w szpitalu, grozi jej wyrok za próbę zabójstwa Zali – postanawia więc walczyć o swoją wolność, pomimo że niechętnie podchodzi do wszelkich praw obywatelskich, ponieważ w jej przypadku były one wielokrotnie łamane. Pomaga jej oczywiście Blomkvist, prowadząc samodzielnie śledztwo mające wyjaśnić wszelkie nadużycia związane ze sprawą Salander. W „Zamku z piasku, który runął” Blomkvist i Salander są bohaterami na równych prawach – co ucieszy sympatyków zarówno dociekliwego dziennikarza, jak i zbuntowanej hakerki.
Ostatnia powieść Larssona to książka napisana z pomysłem. Wprowadza wiele wątków i wiele postaci, co sprawia, że główna sprawa – sprawa Salander, zatacza coraz szersze kręgi. Jej konstrukcja jest precyzyjna i podporządkowana tematowi, a autor uniknął wprowadzenia niepotrzebnych „odnóg” tematycznych. Sprawą Salander interesują się coraz wyżsi urzędnicy państwowi, co zostało w powieści ukazane wiarygodnie, z dbałością o przedstawienie możliwie rzeczywistych relacji pomiędzy członkami społeczestwa a przedstawicielami władzy, jak również komunikacji między samymi strukturami władzy.
W „Zamku z piasku, który runął” Larsson ukazał balansowanie urzędników państwa pomiędzy tym, co legalne, a tym, co bezprawne. Autor wyeksponował pewne nieformalne działania, które prowadzą do istnienia równoległego świata powiązań i kontaktów, narzucającego swój porządek ludziom niezaangażowanym w żadne działania związane z osłabieniem państwa, itp.
W ostatniej części trylogii są świetnie napisane sceny, jak. np. obrona Lisbeth przed sądem. Nawet czytelnik nieposiadający zbyt rozwiniętej wyobraźni jest w stanie zbudować sobie obraz wojowniczej dziewczyny, która wielokrotnie była poddawana próbie przez tzw. państwo prawa.
Książkę tę na pewno warto przeczytać. Cała trylogia Larssona to imponujące dokonanie – przemyślane, zaskakujące, biegłe pod względem konstrukcyjnym i językowym. Może zachwycić zarówno czytelnika literatury postmodernistycznej, jak i przyzwyczajonego do znanych konwencji gatunkowych. Wielką zaletą jest kontekst społeczny, który wskazuje na perfekcyjne wyczucie przez Larssona drażliwych tematów. „Millenium” jest precyzyjne, zaskakujące, godzi umiłowanie konkretu z panoramiczną perspektywą. Świetne postaci, wiarygodne i specyficzne, to także niewątpliwy atut książki. Z pewnością trylogia nie straci szybko na aktualności – tematycznie, na tle literatury popularnej, zdaje się wychodzić przed szereg. Z czytelniczego punktu widzenia odejście Larssona to ogromna strata dla wszystkich wielbicieli dobrej literatury popularnej.
Moja ocena 6/6

Kolejna powieść Stiega Larssona ma już zupełnie inny klimat, niż pierwsza część trylogii. Jest zanurzona w brutalnej współczesności, a jej główna bohaterka to Lisbeth Salander. Z pewnością postać tej hakerki i infobrokerki jest jedną z najbardziej niesamowitych postaci kobiecych we współczesnej literaturze. Jednak sympatycy Mikaela Blomkvista mogą czuć się zawiedzeni, ponieważ jego jest w tej części trylogii zdecydowanie mniej.
„Dziewczyna, która igrała z ogniem” nie ma już uroku kryminalnej zagadki, jak „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Jest brutalną opowieścią o młodej kobiecie, która samotnie walczy o swoje życie. Książkę czyta się dobrze, ale nie jest zaskakująca. Zmierza ku zakończeniu, jakiego uważny czytelnik może się domyślać. Więcej w niej współczesnych obserwacji społecznych, więcej psychologii, mniej dekoracji i subtelnych zwrotów akcji. Oczywiście, powieść czyta się dobrze, jednak sprawia ona wrażenie efektownego przejścia od koronkowej części pierwszej do trzymającej w napięciu, pełnej polityki części trzeciej.
Moja ocena 4.5/6

Postanowiłam urozmaicić tematycznie recenzje zamieszczane na blogu i stąd wpis o : „Millenium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” – książce Stiega Larssona (obecnie w kinach można obejrzeć film na podstawie powieści).
Powieść szwedzkiego dziennikarza okazała się lekturą zapewniającą fantastyczną rozrywkę i rzeczywiście stanowiącą imponujący materiał na film. Książka ma naprawdę wiele atutów. Świetnie nakreślone postacie, interesująca fabuła, dynamiczna narracja – to sprawia, że może przyciągnąć uwagę czytelnika na znacznie dłużej niż planował.
Główny bohater to dziennikarz Mikael Blomkvist, który właśnie ma problemy z pracą – został skazany przez sąd i będzie musiał odsiedzieć wyrok w więzieniu. Niespodziewanie dostaje zlecenie od bogatego przemysłowca na napisanie historii jego rodu, ale również, a jak się okazuje, przede wszystkim, na rozwiązanie zagadki, co się stało z Harriet Vanger, jego bliską krewną, czterdzieści lat temu. Mikael, początkowo niechętnie, zaczyna zagłębiać się w historię rodziny Vangerów. Pomaga mu Lisbeth Salander, genialna infobrokerka o fotograficznej pamięci, która jest na bakier z wymaganiami społecznymi. W związku z tym ma swojego opiekuna, ustanowionego w imię prawa, mającego dbać o jej interesy (szanowany adwokat wykorzystuje przewagę, jaką ma nad Lisbeth w brutalny, sadystyczny sposób). Kiedy Mikael podejmuje wpółpracę z Lisbeth, akcja nabiera rozpędu, a bohaterowie więdzą coraz więcej i zbliżają się do rozwikłania tajemnicy Harriet. Rozwiązanie okaże się bardziej przerażające , niż można by przypuszczać.
Oprócz świetnej zagadki kryminalnej, której finału wcale nie tak łatwo się domyślić (autor daje pewne znaki, jeden – z miejscowościami, skąd nadano zasuszone kwiatki, wydaje się zbyt oczywisty, jednak nie wpływa to na narastającą ciekawość odbiorcy) czytelnik otrzymuje fascynujący obraz życia prywatnego zupełnie różnych charakterów. Ciekawe są relacje Mikaela z kobietami, niezwykła jest postać Lisbeth (kojarzy się z postpunkową androgyne) i jej postrzeganie świata.
Jednak „Millenium (…)” to nie tylko sprawnie napisana powieść kryminalna. Interesujące jest także tło, na jakim zostały ukazane zbrodnicze historie. W tym ujawnia się zapewne dziennikarska pasja Larssena. Książka tworzy bowiem dość krytyczny obraz wyższych sfer społecznych Szwecji, porusza niewygodne problemy związane z polityką, które wpływają na życie zwykłych ludzi. Jest napisana bez znieczulenia i dostarcza wiele tematów do przemyśleń. To wszystko sprawia, że jak na książkę „popularną”, „Millenium(…)” to naprawdę doskonała lektura.
Moja ocena 6/6

Film Ozona można by określić jako studium samotności we dwoje. Historia miłości, ukazana przewrotnie od końca, eksponuje to, co w związku dwojga ludzi staje się przyczyną pęknięcia, rysy między nimi i nieodwracalnego procesu rozpadu.
5×2 zaczyna się sceną rozwodu, a kończy na spotkaniu zapowiadającym romantyczne uniesienia. Bohaterami filmu są Marion i Gilles. On jest wycofanym, chłodnym i niezaangażowanym partnerem, ona żyje w cieniu jego kompleksów. Obserwujemy więc ich rozwód, kolację z bliskimi, narodziny dziecka, ślub i moment zapoznania. Kolejne rozdziały w życiu pary to kolejne akty dramatu cichej patologii. Nie dochodzi do aktów przemocy, nikt nie jest uzależniony od alkoholu, w zasadzie Marion i Gilles wiodą normalne życie. Wspólne kolacje przy wine, rozmowy, odsłaniają jednak brak porozumienia między nimi i brak woli ze strony Gilla, aby takie porozumienie zbudować.
Film jest pesymistyczny i przerażający, ponieważ za swoje nieszczęście odpowiadają jedynie bohaterowie. Mieli przecież wszelką „sposobność”, by zbudować prawdziwy związek oparty na miłości. Ich życie nie jest wypełnione tragediami, co każe jeszcze krytyczniej przyjrzeć się kondycji Marion i Gillesa. Ukazanie w „5×2” poprzedniego związku Gillesa doskonale dopełnia psychologiczne przyczyny niepowodzenia. Mężczyzna nie rozwija się, czyni kolejny raz te same błędy, przedmiotowo traktując partnerki. Zawodzi, jakby był pozbawiony poczucia troski i odpowiedzialności.
Marion z kolei myśli, że być może trafiła na miłość swojego życia. Jednak ułuda pryska już w noc poślubną. Nie będzie lepiej – związek rozczarowuje i powoduje jej cierpienie. Bohaterka jest osamotniona nawet w momencie narodzin dziecka.
Ten smutny i brutalnie prawdziwy film dzięki swojej formie wskazuje nam również na kwestie związane z konwencją opowiadania i przeżywania miłości. Punkty kulminacyjne okazują się punktami krytycznymi, im dłużej razem, tym mniej złudzeń i optymistycznych wyobrażeń. Na końcu zostają pogarda i ból, chyba że znów damy się uwieść wspólnym zachodom słońca.
Moja ocena 6/6

„Aż poleje się krew” to film fascynujący, pomimo że historia w nim ukazana wydaje się mało uniwersalna. Bohaterem obrazu w reżyserii Andersona jest Daniel Plainview, który się bogaci na wydobywaniu ropy naftowej. Zyskuje majątek, ale przegrywa życie – biznes pochłania bowiem kolejne ofiary, nie oszczędza nawet jego jedynego syna. Historia Daniela to jednak nie tylko historia upadku, ale i walki. W boju o zdobycie nowo powstającego rynku poświęca on nie tylko zdrowie i życie swoich pracowników, ale również siebie – z czasem jego oblicze staje się coraz bardziej nieporuszone, obojętne, skamieniałe.
Jest to film o wielkich namiętnościach, jakimi mogą stać się praca, pieniądze, przywiązanie do przekonania o własnym sukcesie. Dynamiki „Aż poleje się krew” dodaje konflikt Daniela z Paulem, samozwańczym prorokiem, który również chce zapanować nad mieszkańcami pobliskich terenów i rywalizuje o „rząd dusz”. Głównego bohatera poznajemy wtedy najlepiej, gdyż w starciu z Paulem okazuje się paradoksalnie najbardziej ludzki.
„Aż poleje się krew” to film nienowoczesny. Dopracowany, z rozmachem, kojarzy się mocno z kinem epickim. Opowiada historię jednego człowieka, wytrwale unikając mnożenia wątków. Paradoksalnie, uważam to za jego wielką siłę. Nie jest łatwo zainteresować widza obcym mu tematem, zbliżeniami na coraz bardziej pooraną zmarszczkami twarz głównego bohatera i obrazami odległej czasowo i przestrzennie Ameryki.
Największym atutem „Aż poleje się krew” jest niezwykłe aktorstwo. Mistrzowska rola Daniela Day-Lewisa i poruszająca Paula Dano to kreacje, które zapadają w pamięć. Niezwykłe zdjęcia również stanowią o wyjątkowości filmu. Dlatego przyznaję mu najwyższą ocenę, bo klasa i klimat filmu nie zawsze wiązać się muszą z pomysłowymi rozwiązaniami i refleksjami o współczesnym człowieku.
Moja ocena 6/6

Ten wybór może być zaskakujący, szczególnie, że nie jestem fanką filmów animowanych. Lubię „Ruchomy zamek Hauru”, „Księżniczkę Mononoke”, za większością filmów animowanych jednak nie przepadam.
„Było sobie życie” to jednak zupełnie inny przykład „bajki”. Jest to seria edukacyjna, poświęcona opowieściom o funkcjonowaniu ludzkiego organizmu. Cykl zawiera 26 odcinków po 25 minut każdy.
„Było sobie życie” było przygotowywane z myślą o dzieciach. Jest więc interesująco, zabawnie i wciągająco. Każdy odcinek opowiada osobną historię. Akcja obejmuje dwa równoległe plany – człowiek z zewnątrz i wnętrze człowieka. Wnętrze człowieka ukazane zostało jako centrum dowodzenia mikrokosmosem, w którym toczy się nieustanna walka o zdrowie. Są bohaterowie pozytywni, broniący równowagi w funkcjonowaniu organizmu oraz negatywni, najczęściej bakterie czy wirusy. Mimo, że każdy odcinek to inna przygoda i inna opowieść – o mózgu, neuronach, hormonach, itp. twórcy zadbali o ciągłość – główne postaci pozostają dla widza znajomymi przewodnikami po biologicznych tajemnicach życia. Postacią centralną jest stary mędrzec, nauczyciel, który z cierpliwością i uśmiechem odpowiada na wszystkie pytania.
Atutem „Było sobie życie” jest pogodzenie naukowości z komizmem, precyzji w opowiadaniu o poważnych sprawach z dystansem, jak również dbałość o to, by widz nie tylko się czegoś nauczył, ale i traktował każdy odcinek jak dobrą rozrywkę. Ciekawi bohaterowie, trzymające w napięciu przygody, stawianie niełatwych pytań i duża dawka humoru – to sprawia, że francuska animacja, mimo że ma już 23 lata, wytrzymała próbę czasu i nadal przykuwa uwagę widzów w każdym wieku.
„Było sobie życie” z pewnością broni się po latach, ponieważ skierowane jest do żywego odbiorcy, a nie jedynie ucznia czy osoby chcącej się podciągnąć z biologii. Urzeka również umiejętnym ukazaniem człowieka jako istoty społecznej, rozwijającej się, mającej hobby, zawierającej przyjaźnie, odnoszącej małe sukcesy i małe porażki.

Lubię niektóre filmy Pedro Almodovara. Moje ulubione to „Porozmawiaj z nią” i właśnie „Złe wychowanie”. Gdybym musiała zacząć swoję recenzję od krzykliwego nagłówka, pewnie zatytułowałabym ją „Tramwaj zwany pożądaniem (który się wykoleił)”.
„Złe wychowanie” ma misterną konstrukcję, to film skupiony na sobie, na procesie opowiadania, tworzenia historii. Dwójka głównych bohaterów kiedyś uczyła się razem w szkole z internatem prowadzonej przez księży. Ich losy potoczyły się w różny sposób, jednak trudno powiedzieć, że jako dorośli odnaleźli w życiu „szczęście i spokój”. Spotykają sie po latach, kiedy Ignacio chce, aby Enrique został reżyserem jego opowiadania. Jednak to jeszcze bardziej komplikuje i gmatwa ich życiowe losy.
Ignacio okazuje się Juanem, a ten chce zostać Zaharą. Juan z kolei ma romans z Enrique, ponieważ zależy mu na karierze aktorskiej. Bohaterowie grają więc ze sobą, oszukują siebie samych i siebie nawzajem, wykorzystują się. Rzeczywistość okazuje się o wiele mniej filmowa niż sam film. ”Złe wychowanie” może zbliżać się do konwencji romansu, jednak odbija się od niej jak od ściany. Romantyczne uniesienia ustępują miejsca rozczarowaniom, oszustwom, nienawiści. To prawda, streszczenie filmu brzmi jak jakaś krwawa przeróbka scenariusza do łzawej telenoweli. Jednak film nie przypomina szamotaniny reżysera z widzem i aktorami. Wszystko jest starannie zaplanowane, co sprzyja też pewnej teatralizacji filmu. Jednak wydaje się to zabiegiem celowym – w końcu „Złe wychowanie” to specyficzna tragedia zawiedzionych namiętności.
Niewątpliwym atutem filmu są niektóre, naprawdę niezwykłe sceny. Pokazują świat, którego już nie ma- z jasno nakreśloną linią horyzontu, stabilny, przewidywalny, w którym dopiero można dostrzec zalążki dramatu, jaki w przyszłości go rozsadzi. Dla nich chociażby z pewnością warto obejrzeć „Złe wychowanie”.
Moja ocena 5/6

„Wino truskawkowe” to film, który ma wiele uroku. Pokazuje Galicję z jej wszystkimi niedostatkami, ale i z całym pięknem.
Głównym bohaterem jest Andrzej, który przyjeżdża tam, gdzie „nawet wrony zwracają”. Andrzej to policjant, ubrany zazwyczaj w prostą czarną koszulkę, małomówny i tajemniczy. Na wsi galicyjskiej poznaje tamtejszą mentalność, przeżywa gorący romans i wielkie rozczarowanie.
Jest postacią centralną filmu, jednak nie narzuca się widzowi. Po prostu dziwi się temu, co go spotyka.
„Wino truskawkowe” to także film o ludzkich ułomnościach. Jabłoński pokazuje je w taki sam sposób, jak przyrodę – są wyraźne, namacalne, przekonujące, ale i ciekawe. Jednak dla mnie z pewnością siłą filmu są zdjęcia i wątek głównego bohatera. Intryguje mnie także fanstastycznie zagrana postać miejscowej piękności Lubicy. Piękna sprzedawczyni ze sklepiku z Hustlerami to dla miejscowych bileterka do lepszego świata, egzotyczne i szalone uosobienie nieprzeciętności.
Sądzę, że interpretowanie „Wina truskawkowego” w kategoriach tylko realizmu magicznego, czy kina zaangażowanego społecznie, to byłaby zdecydowana przesada. „Wino truskawkowe” opowiada bowiem o dziwnym świecie, podejmuje także wiele tematów (np.winy i kary). Nie unosi jednak ciężaru tematycznego, jaki na siebie bierze. Jest ładnym obrazkiem, intrygującą pocztówką z dziwnego świata, bogatego w cuda, ale i pełnego brutalnej niedoskonałości. To jednak wystarczy, aby dać się ponieść tej obfitującej w wydarzenia, choć nieśpiesznej historii.
Moja ocena 4.5/6