
Dziś debiut w kategorii „widziane wczoraj” – „Spragnionych miłości” widziałam oczywiście dużo wcześniej niż wczoraj, jednak nie jest to film najnowszy, więc jego opis zamieszczę w tej kategorii, do której zaliczam ważne i dobre filmy powstałe wcześniej niż w 2007/8 roku.
Reżyserem filmu „Spragnieni miłości” jest Kar Wai Wong, który stworzył też futurystyczny obraz „2046″ i słabą, amerykańską „Jagodową miłość”.
Niesamowitym atutem tego skromnego, kameralnego filmu jest aktorstwo. Główną rolę męską gra Tony Leung Chiu Wai, którego warsztat jest mistrzowski, co udowodnił także w późniejszych filmach, np. w „Ostrożnie pożądanie”. Napięcia pomiędzy dwójką głównych bohaterów wypełniają całe kadry, a najważniejsze w tym filmie jest to, co niewypowiedziane. Ale oprócz tego, co „między słowami”, ważne jest także ogromne pragnienie, które wystawia na próbę opuszczonych – małżonka i małżonkę.
Ich wybory krążą wokół prawa do miłości i odpowiedzialności, subtelnie poprowadzona akcja nie czyni jednak ze „Spragnionych miłości” łzawego romansu. Obserwujemy grę spojrzeń, pojedynczych słów, z pewnością nie pozorów. Bohaterowie są świadomi tego, co potencjalnie może ich połączyć, starają się momentami odwlec dosłowność namiętności, jaka ich spotkała.
Film wysmakowany, nieśpieszny, z piękną muzyką. Widziałam go kilka lat temu, więc opis wrażeń zastępuje opis fabuły. Polecam wszystkim miłośnikom dobrego kina.
Moja ocena 6/6


Film Sama Mendesa należy do tych, które uważam za ważne. Uwielbiam jego wcześniejsze „American Beauty”, a „Droga do szczęścia” jest dowodem, że reżysera nadal fascynuje pozornie szczęśliwa egzystencja.
Historia April i Franka jest smutnie modelowa- zakochanie, małżeństwo, dzieci, piękny dom. Szczęście rodzinne okazuje się jednak dla nich zbyt ciasną konwencją, aby poświęcić temu siebie bez reszty. Standard dla niewymagających przestaje odpowiadać April, która „marzyła o czymś innym”. Od chwili refleksji, poprzez lekkie zwątpienie, zaczyna się dramat dwójki ludzi, którzy za szybko osiągnęli stabilizację.
Nieznośna lekkość bytu prowadzi nieuchronnie do dramatu – związek Franka i April zaczyna przypominać zjazd po równi pochyłej. Nie pomagają małe rewolucje, nie ma woli komunikacji ani chęci porozumienia. Bohaterowie uświadamiają sobie gorzką prawdę o swoim życiu i nie wiedzą, co z nią zrobić.
Pesymistyczna wizja życia, z którym nie wygramy siląc się na dekoracyjne zmiany, jest najmocniejszą stroną filmu. Fenomenalne aktorstwo pozwala na przyjrzenie się wszystkim odcieniom emocjonalnej pustki, jaka może zaistnieć między ludźmi, którzy kiedyś się kochali.
„Droga do szczęścia” stawia też pytanie o istotę wolności, samoświadomości, odpowiedzialności za decyzję, którą kiedyś podjęliśmy i możliwość uwolnienia się od niej. Przede wszystkim jest jednak opowieścią o „odkłamywaniu”, mogącym doprowadzić do tragedii.
Nie sądzę, że finał sprowadza się do kary wymierzonej przez porządek życia kapryśnym młodym małżonkom. Jest trudny i bolesny, jednak czy takie zakończenie historii to głos oskarżycielski przeciwko tym, którzy próbują zmienić swoje życie?
Moja ocena 6/6

O tym filmie wiele już pisano. Z pewnością jest wyjątkowy, dotyka ważnych problemów, ma nowoczesną formę i skłania do refleksji. Jest po prostu dobry.
Obraz rodziny w „33 scenach” może szokować, jednak wiele w nim brudnej, bolesnej prawdy o relacjach międzyludzkich. Najbliżsi okazują się wybawieniem, ale i więzieniem- ich obecność za ścianą nie pozwala dorosnąć, więc śmierć stanowi pewne wyzwolenie. Reżyserka pokazała doświadczenie kresu życia bez patosu i boleśnie.
Julia, bohaterka usytuowana w centrum walącego się świata, to postać kobieca kina początku XXI wieku – młodzieńcza, świeża, odnosząca sukcesy. Nie lubi konwencji i konwenasów, dlatego, gdy w jej życiu zachodzą ważne zmiany, decyduje się na zerwanie z mężem, z którym jest od lat. Ma wewnętrzną wolność i potrzebę szczerości. Szuka zrozumienia, ale niekoniecznie już pocieszenia.
Film jest niezwykły, bo pokazuje to, czego widz najczęściej nie chce widzieć – nie jest łzawy, jeśli już, to rozpaczliwy. Widzimy więc ulgę po odejściu rodzica, śmiech na pogrzebie, dorastanie do niewygodnej świadomości, że doświadczenie śmierci nas nie pominie. Świadomość ta jest do pewnego stopnia dla Julii impulsem do przebudzenia, do podjęcia wysiłków życia za siebie i dla siebie, nawet w niezgodzie ze światem.
„33 sceny z życia” nie są jednak bajką o dziewczynce, która przez przypadek znalazła kluczyk do zrozumienia siebie. Autentyzm życia ukazanego w filmie wystarczy do tego, by opowieść o utracie się obroniła.
Moja ocena 6/6

Bohaterką filmu Erica Zonci jest alkoholiczka w średnim wieku, która właśnie po kolejnym swoim wyskoku traci pracę. W wolnym czasie pije w klubach i sypia z nieznajomymi, przypadkowymi mężczyznami. Nie jest odpychająca, choć prowadzi odpychające życie.
Wiele się zmienia, kiedy poznaje na spotkaniu AA matkę planującą porwanie swojego syna. Zdesperowana Julia widzi w pomyśle niezrównoważonej kobiety szansę na wyrównanie bilansu zwycięstw i porażek w swoim życiu. Decyduje się być sprytniejszą od innych i w czarnej masce, z pistoletem w ręce, dokonuje aktu kiddnapingu. Od tej chwili wiele się zmienia.
Film pokazuje przemianę Julii, jednak nie jest to opowieść o wyjściu z nałogu z happy endem. Niesamowita Tilda Swinton, grająca główną bohaterkę, mistrzowsko operuje środkami ekspresji. Jej Julia jest rozdygotana, rozogniona, nieszczęśliwa i żałosna. Usiłuje zdobyć się na jakiś czyn, ma szaleńczy plan, ściga się z chropowatą rzeczywistością. W końcu między nią a porwanym chłopcem pojawia się nić porozumienia- chłopiec traktuje wyprawę do Meksyku jak interesującą przygodę, dla Julii kontakt z nim to lekcja bliskości i odpowiedzialności.
Film jednak nie moralizuje, momentami jest przerażający, wydobywa różne postawy i emocje Julii. Historia Julii nie przypomina opowieści o odkupieniu, Julia nie współczuje sobie sytuacji w jakiej się znalazła, jest przerażona, agresywna, walcząca.
Powstał więc film o kobiecie z problemem alkoholowym w tle. Dobry, trzymający w napięciu, z szybkimi zwrotami akcji. Oglądając go, myślimy „I co jeszcze?”, jednak dziwimy się pogmatwanym możliwościom, jakie daje życie, a nie samemu filmowi.
Moja ocena 5/6

Film Xawerego Żuławskiego budzi skrajne emocje. Przez niektórych krytyków uważany za jedno z największych osiągnięć kinematografii polskiej, przez innych za płytki, kiczowaty obrazek, niewielu pozostawia obojętnymi.
Dla mnie to prawdziwe filmowe odkrycie. Ogromnym atutem filmu jest aktorstwo- świetny Borys Szyc, niesamowita Roma Gąsiorowska, bardzo dobre: Sonia Bohosiewicz i Maria Strzelecka.
Przerysowane charaktery, trywialne z pozoru problemy, dziwne językowo kwestie mogą szokować, jednak jeśli ktoś patrzy z dystansem na rzeczywistość wykreowaną w filmie potrafi dostrzec w niej pewną prawdę.
O języku filmowych bohaterów można by napisać pracę na studiach filologicznych. Silny, Magda czy Andżela przerzucają się sloganami i życiowymi banałami, zdają się nie dorastać do słów, jakie wydają im się słuszne do wypowiadania. Są groteskowi, a w swej groteskowości zagubieni i nieprzystający.
Językowo – socjologiczne refleksje zawarte w „Wojnie polsko – ruskiej” są świeże i w inteligentny sposób grają ze stereotypami.
Jest więc wiele powodów, by obejrzeć „Wojnę” . Film momentami komiczny, przaśny, komiksowy, „na bogato”. Rozrywka dla zdystansowanych.
Moja ocena 5.5/6

„Tatarak” to film wyjątkowy, podobnie jak proza Iwaszkiewicza. W dorobku Wajdy zajmuje szczególne miejsce; praca nad nim była także ważnym wydarzeniem dla Krystyny Jandy z powodów osobistej tragedii.
W „Tataraku” dwa plany narracyjne uzupełniają się w tworzeniu opowieści o doświadczeniu śmierci. Chociaż pełen symboli obraz można interpretować w dowolny sposób, dla mnie to opowieść o śmierci, nie – o życiu.
Moją ulubioną sceną jest ta, w której aktorka z reżyserem zastanawiają się nad tym, jak „zagrać” Iwaszkiewicza. Treści są nadal aktualne, fundamentalny problem nie może być pominięty, czasu nie da się oszukać. Mimo to, świadomi ulotności chwil bohaterowie nie są zgorzkniali i rozczarowani, raczej mają w sobie mądrość i pokorę pozwalającą na pogodzenie się z tym, co nieuchronne. Z tej sceny płynie jednak jasny przekaz o tym, że konwencja nie pozwoli nam pokonać śmierci, ani jej nie oswoi, może tylko sprzyjać trwaniu w bezpiecznej ułudzie.
„Tatarak” to również film o zmysłach i o sztuce. Jego nowoczesną formę można rozpatrywać w perspektywie poszukiwania metody adekwatnej do opowiadania o prawdziwych doświadczeniach. „Tatarak” nie jest jednak z pewnością manifestem wiary w oczyszczającą moc kina, raczej artystycznym hołdem złożonym życiu, które musi zakończyć się śmiercią.
Moja ocena 5.5/6

Zapaśnik jest filmem kameralnym, spektaklem jednego aktora. Mickey Rourke grający tytułową rolę jest niesamowity i fascynujący. Przeraża jego zniszczona twarz, zmęczone ciało i to wszystko, co kiepskiego go spotkało. Oglądając film widzimy fajnego faceta, który trochę w życiu pobłądził, czego konsekwencją jest upokarzająca praca, zła relacja z córką, seks w toalecie klubu po narkotykach. „Standard”, można by powiedzieć, jednak schemat upadku nie sprawia, że film jest słabszy.
„Zapaśnik” to film brutalny, nie buduje legendy ani jej nie dekonstruuje, pokazuje jakąś prawdę o doświadczeniu życia niezbyt pięknego i udanego. Przypomina mi „Irinę Palm”, nie wymaga też jakichś rozbudowanych komentarzy, po prostu warto go zobaczyć.
Moja ocena 5/6

Opowieść o Harveyu Milku, który jako jeden z pierwszych polityków zaczął przyznawać się do swojej orientacji homoseksualnej, należy do grona moich ulubionych obrazów.
Założeniem mojego bloga było pisanie o filmach, które „warto” moim zdaniem obejrzeć. Oczywiście „warto” odnosić się będzie do różnych powodów i nawet nie usiłuję zachować pozorów bezstronności. Niektóre filmy cenię i uważam za „ważne”, innych nie sposób pominąć (bo nie wypada ich nie zauważyć), ale są również takie, które po prostu lubię – tak jest z „Obywatelem Milkiem”.
Lubię też głównego bohatera- sympatycznego, otwartego, z poczuciem humoru, dobrego. Sean Penn gra fantastycznie, a jeśli ktoś widział także nagrodzony Oscarem dokument o Harveyu Milku, zauważy, jak upodobnił się do autentycznej postaci- barwą głosu, mimiką, ruchem. Milk jest więc człowiekiem dobrym i porządnym, ale nie według standardów niektórych Amerykanów żyjących w latach ’70 XX wieku. Współczesnemu widzowi nie wydaje się jednak rebeliantem, raczej marzycielem i romantycznym uciekinierem z czarno-białej rzeczywistości.
Film ukazuje różne sfery w życiu Milka, eksponuje jego uczuciowość, pokazuje pasję w dążeniu do zmieniania rzeczywistości i stanowieniu prawa, które powstało z inicjatywy ludzi i dla nich.
„Obywatel Milk” w reżyserii Gusa Van Santa nie należy jednak do gatunku hagiografii. Oprócz bojownika dostrzegamy w Milku także zwykłego faceta, lubiącego „sex, drugs and rock’n'roll”.
Wielość perspektyw pozwala na uniknięcie zaszufladkowania głównego bohatera jako homoseksualnego aktywisty. Dodatkowo sprawia, że możemy poczuć ducha czasów (nie tak dawnych), kiedy walka o wolność i godność była walką na śmierć i życie, a ci, którzy brali w niej udział, potrafili zachować skromność (przyzwoitość?).
Moja ocena 6/6

Solista to opowieść, w której pierwsze skrzypce gra przyjaźń pomiędzy mężczyznami. Jest to przyjaźń dość szorstka ze względu na specjalne okoliczności, jakie jej towarzyszą. Tytułowy solista, grany przez Jamiego Foxxa, cierpi bowiem na schizofrenię.
Jest zagubionym bezdomnym mieszkańcem Los Angeles obdarzonym wielkim talentem muzycznym. W jego życiu wszystko zdaje się proste dopóki nie spotyka na swej drodze dziennikarza. Steve Lopez szuka tematu na artykuł i nie spodziewa się, jakie konsekwencje będzie miała dla niego znajmość z ulicznym skrzypkiem w dziwnym ubraniu, koncertującym pod pomnikiem ukochanego Beethovena. Odkrywając jego historię, angażuje się w nią i zamiast traktować ją jak temat prasowy, zaczyna czuć się odpowiedzialnym za utalentowanego Nathaniela. Muzyk cieszy się z kolei, że spotkał na swej drodze Boga Steva, jednak w pewnym momencie odczuwa przesyt jego osobą i zaczyna traktować Lopeza jak wroga.
To wymaga od dziennikarza refleksji nad własnym stosunkiem do Nathaniela. Zaczyna on zastanawiać się nad tym, komu ta przyjaźń ma służyć i rezygnuje z zaspokojenia swojego głodu czyjejś obecności. Ewolucja Lopeza od chłodnego profesjonalisty poprzez ciepłego opiekuna po dojrzałego przyjaciela jest równie ciekawa, co przemiany Nathaniela.
Atutem filmu z pewnością jest świetne aktorstwo i ciekawe prowadzenie postaci. Fascynuje możliwość śledzenia subtelnych paraleli w losach głównych bohaterów, pozytywnie zaskakują niektóre rozwiązania sprawnie uniemożliwiające posądzenie autorów filmu o łzawy patos.
„Solista” zdaje się momentami rozczarowywać, nie wszystkie wątki zostają doprowadzone do końca, nie każdemu subtelnemu aspektowi psychologicznemu jest poświęcona wystarczająca uwaga. Paradoksalnie, może być to atutem filmu, który formą nawiązuje do tematu- jest równie niedoskonały i chropowaty, jak przyjaźń między męskimi solistami.
Moja ocena 4.5/6